Polub mnie

wtorek, 27 grudnia 2016

Jest dobrze...

All rights reserved/lady_in_red
... i nie dzieje się nic złego. Po prostu staramy się odpoczywać, być ze sobą nawzajem i sami ze sobą. Milczeć i rozmawiać, robić coś wspólnie i "każdy sobie". Nie przeginać w żadną stronę. I jest nam tak dobrze.
Aktualnie planujemy wyjazd sylwestrowy. Już teraz, bo w założeniach wyjazd ów ma odbyć się kilka dni przed sylwestrową imprezą. Jest szansa, że nastąpi to jutro. Jeśli nie - pojutrze. Oczywiście niczego jeszcze nie spakowałam, bo ta nowa, po-przeszczepowa ja, zostawia wszystko na ostatnią chwilę. I czasem tylko płacze, że nie zdąży ;)

Święta minęły nam błogo i spokojnie. Choć... no może nie do końca. Panna Wiedźma postanowiła zagorączkować (na szczęście niezbyt wysoko, max do 38,4) a ja miałam wątpliwą przyjemność obejmowania kibelka przez dobrą godzinę w nocy z 25 na 26 grudnia. Mój żołądek jest jednak wciąż delikatny i wrażliwy po przeszczepie. Nie zatrułam się, bo jadłam wszystko to, co reszta domowników. Coś po prostu było zbyt ciężkiego jak na moje "wydelikacenie". Na szczęście Pannie Wiedźmie już lepiej. Jej organizm broni się dzielnie i wczoraj temperatura skoczyła tylko do 38 i tylko na chwilę. Bez leków spadła po krótkim czasie i dziecko me ozdrowiało. Został mu tylko katar. Ale to nie problem. Ja walczę ze złapanym od Panny Wiedźmy katarem i związanym z nim bólem gardła. Ale... póki co - to także nie problem.

All rights reserved/lady_in_red
Jedzenie było pyszne, ciasta wyszły obłędne, czas był wyjątkowy. Lubię Święta. Aaaaa! No i choinka. W tym roku piękna, żywa i prawie do sufitu. Jak w bajce. A pod piękną choinką - piękne prezenty, które nie najważniejsze, aczkolwiek sprawiły wszystkim mnóstwo radości. Najważniejsze jednak było i jest to, że mogliśmy świętować razem. We trójkę. Że jestem zdrowa i nie spędziłam tego czasu w szpitalu. Że byliśmy razem, przytulaliśmy się, patrzyliśmy sobie w oczy, śmialiśmy się... RAZEM.

To tak w skrócie chyba tyle.
All rights reserved/lady_in_red

Zdjęć świątecznych mam niewiele. Znaczy wiele, ale niewiele z nich nadaje się do publikacji (żeby nie powiedzieć, że żadne się nie nadaje). Pan Mąż obrał sobie chyba za cel, pstrykanie fotek w najdurniejszych momentach, czyli w takich, w których minę mam co najmniej durną. A Panna Wiedźma - druga specjalistka od rodzinnych fotek. Weszła w etap: dobre zdjęcie to zdjęcie z najdurniejszą miną świata. Tak więc lekko nie jest ;)
Ale... coś tam jednak mam. Kilka ze wspólnego robienia i dekorowania pierników, kilka z ubierania choinki (te robiłam ja), kilka z kolacji i sporo z rozpakowywania prezentów. Więc... coś tam jednak mam ;)

W piątek, ostatni przedszkolny dzień przed Wigilią, moje dziecko zaniosło paniom w przedszkolu własnoręcznie stworzone choineczki z piernika, mieliśmy więc okazję złożyć sobie wzajemnie życzenia. Było bardzo sympatycznie. A Panna Wiedźma mogła się spełnić twórczo (przed tym zaniesieniem). Ona jest wielką fanką wszelkich prac plastyczno-manulanych. Gdyby mogła, bez przerwy kleiła by, cięła, rysowała, malowała, rwała, szyła, gniotła, wykrawała, tworzyła itd. Pomysłów ma mnóstwo i zwinne rączki do ich realizacji.

W tym roku już się pewnie nie zdążę odezwać... Dlatego wszystkim Wam, którzy tu ze mną jesteście, którzy bywacie, którzy się odzywacie i którzy czytacie po cichu, życzę pięknego, szczęśliwego, zdrowego i pełnego tylko dobrych niespodzianek Nowego Roku!
All rights reserved/lady_in_red

All rights reserved/lady_in_red

środa, 21 grudnia 2016

Powinnam była zrobić to wcześniej

Od mojej kontroli w Krakowie minęło... 9 dni. Doktor Kasię zastąpiła Doktor Monika, mądra, uśmiechnięta i oddana pacjentom, starsza koleżanka Doktor Kasi. Nie wiem, kiedy moja Doktor Kasia wróci, ale... ostatecznie uznałam, że ze wszystkich pozostałych możliwości - trafiła mi się najlepsza. W tym miejscu przydałoby się napomknąć choć, że plan miałam inny. Chciałam dostać się, jak moja przeszczepowa koleżanka, do Doktor Agnieszki, która co prawda specjalistką od białaczek jest, nie od chłoniaków, ale to mimo wszystko nowotwory krwi, więc może dałaby radę. Próbowałam umówić się z nią na wizytę na sto sposobów, ale żaden nie przyniósł rezultatów. Na koniec uznałam, że widocznie pisana mi Doktor Monika. Zaczęłam dumać, a z dumania wyszło mi, że przecież zawsze mówiłam, że wszystko jest po coś i wystarczy tylko czytać znaki. Więc przeczytałam i okazało się, że zrobiłam dobrze. Doktor Monika wydała zalecenia jak Bóg od chłoniaków, czyli Profesor z Krakowa. Czuję się bezpieczna, dobrze zaopatrzona, dopilnowana tak, jak dopilnowałby mnie rzeczony Profesor.
To pewnie tyle tytułem wstępu. Teraz najważniejsze. Wynik PET CT.



Zdjęcie opisu PET i zdjęcie z karty informacyjnej po wizycie. Prawda jest taka, że mój organizm ucierpiał (płuca, migdałki, tkanki) ale idąc na wojnę, trzeba się liczyć z ofiarami. Jest szansa, że te problemy miną, że trzeba tylko czasu. Niemniej na tę chwilę nic się dla mnie nie liczy. Chłoniak przegrał. Będę żyła!
Wyfrunęłam z gabinetu Doktor Moniki jak na skrzydłach. Trzęsłam się cała, z emocji, ze wzruszenia. Byłam najszczęśliwsza na świecie. I jestem wciąż.
Dostałam recepty, przykazania i... zobaczymy się za 3 miesiące, czyli 28 marca. Do tego czasu mam żyć i cieszyć się życiem.

All rights reserved/lady_in_red
W piątek, po poniedziałku, kiedy to byłam w Krakowie, odbył się ślub mojej siostry. Wzruszający, bo byliśmy z Panem Mężem świadkami. Siostra i szwagier planowali ślub latem, ale gdy okazało się, że potrzebuję przeszczepu, odłożyli na wtedy, kiedy się wyliżę. Nie przyznali się, dopiero teraz... a gdy zapytałam: a co byście zrobili, gdybym kojtnęła? Odrzekli: nie braliśmy takiej opcji pod uwagę.

To był naprawdę piękny ślub, na którym się popłakałam ze wzruszenia (na szczęście nie tylko ja) i przemiłe przyjęcie z przepysznym jedzeniem. Dawno się tak dobrze nie bawiłam. Ale ślub ten był dla mnie także momentem przełomowym. Zewsząd słyszałam, że nie wypada, żebym poszła w chustce, że powinnam założyć perukę, z szacunku do siostry i jej święta. Ja zaś... nie chciałam, bo uznałam, że idę na ślub, a nie na bal przebierańców. W peruce czuję się jak w przebraniu, więc się to gryzło. Postanowiłam poprosić o radę Zielone Spojrzenie. Zapytałam, czy uważa, że faktycznie powinnam uprzedzenia schować do kieszeni i założyć tę przeklętą perukę, czy to faktycznie ujma i brak szacunku dla siostry, czy robię jej krzywdę, chcąc własne odczucia wyciągnąć na pierwszy plan, zamiast to ich szczęście celebrować i podporządkować się... Zielone rzekło: "Jeśli ktoś ma poczucie wstydu z powodu swojej choroby, to rzeczywiście mu wstyd pokazać się inaczej niż ze sztuczną fryzurą. Nie rób sobie tego". W dniu ślubu natomiast Pan Mąż mój rzekł, że powinnam iść bez niczego, że to, jak wyglądam, jest dowodem tego, ile przeszłam i tego, jaka jest we mnie siła. Że to powód do dumy, pokazać "zgliszcza". Walczyłam ze sobą (choć początkowo kazałam mu się puknąć w czoło). I na koniec stwierdziłam, że oni obydwoje mają rację. A ja jestem silna, twarda i jestem zwycięzcą. Tym sposobem pojechałam na ślub z własnymi włosami (mając w torbie szal, z którego można zrobić turban, na wypadek, gdyby siostra nie życzyła sobie mojej zgliszczowej głowy). Nie żałuję. O! I taka dumna z siebie pojechałam, taka... taka przekonana o własnej mocy, że tego się nawet nie da opisać.

Wojujemy w kuchni z Panną Wiedźmą. Ale o tym - następnym razem, bo dziś już jakby nie mam siły.
Pozdrawiam Was serdecznie!

All rights reserved/lady_in_red

sobota, 3 grudnia 2016

Poszłyśmy badać śnieg...

A właściwie tę namiastkę śniegu, wszak temperatura powyżej zera sprawia, że niewiele go leży... No ale poszłyśmy. Niech dziecko przypomni sobie, co to w ogóle jest śnieg...
Najpierw grzecznie było, spokojnie... a później....
All rights reserved/lady_in_red

... kompletnie nam odbiło :D
Piękny za nami dzień!

All rights reserved/lady_in_red
All rights reserved/lady_in_red

All rights reserved/lady_in_red


poniedziałek, 28 listopada 2016

Tyle wiem, ile zjem ;)

All rights reserved/lady_in_red
Tytuł jest przekorny, jestem dziś w głupkowatym nastroju, bo... właściwie ten nastrój to chyba pomieszanie rozmaitych emocji. Nadziei i wiary, ulgi (że już po badaniu), zmęczenia (jestem na nogach od 3:30)... Jestem w jakimś sensie spokojna. Może to znak, że wciąż jestem zdrowa, a badanie PET CT tylko to potwierdzi. A może wcale nie? Tak czy inaczej, dowiem się tego dopiero za dwa tygodnie. Może.

Dziś w Krakowie "odhaczyłam" swoje badanie całkiem sprawnie. Zajęło mi to tylko lekko ponad 2,5 godziny, więc stwierdzam, że jednak poranne godziny badania są lepsze. Mniejsze szanse na zaliczenie megaobsuwy.
Po badaniu ruszyłam na Oddział Hematologii, w poszukiwaniu Mojej Doktor Kasi. Niby wiedziałam, że najpewniej wciąż jest na L4, a jednak łudziłam się, że może jednak już nie... ewentualnie, że ktoś mi powie, że oto Doktor Kasia wróci niebawem, za dzień, dwa czy tydzień. Ale nie. Ktoś mi powiedział, że nie wiadomo, kiedy Doktor Kasia wróci i że wszelkich informacji udzieli mi inna lekarka. I udzieliła (nawet mnie pamiętała, choć tak naprawdę do czynienia ze mną miała tylko kilka razy). Wstępnie moja kontrola wyznaczona została na 12 grudnia, ale mam ten termin potwierdzić w czwartek lub piątek przed tym dwunastym. Wtedy dowiem się, która z dwóch lekarek się mną zaopiekuje, gdzie ta wizyta, o której godzinie itd.

All rights reserved/lady_in_red
Tak kojąco i z nadzieją, że jeszcze wiele razy tu wrócę
Zdjęcia z naszych ostatnich wakacji, po których wszystko się zmieniło.
Z jednej strony jest mi przykro, że Doktor Kasia "przepadła" (ja się bardzo przywiązuję do ludzi i nienawidzę zmian... nienawidzę ich niezależnie od tego, czy chodzi o zmianę skórki na poczcie, zmianę planów, czy też zmianę ukochanego lekarza). Z drugiej mam nadzieję, że nic poważnego jej nie dolega, nie jest ciężko chora itd. Z trzeciej wiem, że nic na to nie poradzę, że jej nie ma i jedyne, co mogę w tej sytuacji zrobić, to czekać. I pytać, czy już wróciła, bym i ja mogła wrócić pod jej skrzydła. Na szczęście "pasują mi" obydwie lekarki, których nazwiska zapisano mi na kartce (prawdopodobnie jedna z nich zostanie moim lekarzem prowadzącym na czas nieobecności Doktor Kasi). Tak więc nie czuję się jakoś megabardzo porzucona (choć, powtórzę, najbardziej chciałabym powrotu Doktor Kasi).

Wszystko załatwiliśmy nadzwyczaj szybko i sprawnie. I tylko te ceny za przyszpitalny parking zepsuły cały obraz wizyty w szpitalu. Nie rozumiem, dlaczego pacjenci, którzy nieraz muszą w tym szpitalu spędzić kilka godzin, zmuszani są do uiszczania aż tak wysokich opłat za parkowanie. Przecież wiadomo, że nikt tam nie przyjeżdża dla żartu, dla przyjemności, czy dla zajęcia miejsca parkingowego (pominę, że nawet uiszczając te opłaty, znalezienie miejsca to nie lada wyczyn).

Nie rozwodząc się zbytnio nad kosztami parkowania, stwierdzam że chciałabym w jako takim spokoju psychicznym doczekać 12 grudnia. Nie ma Doktor Kasi, nie mam wyznaczonego lekarza - zastępcy, więc nie dowiem się wcześniej, co wyszło w badaniu (do tej pory wiedziałam po 2-3 dniach, bo umówiona byłam na telefon i zarówno Profesor z Krakowa, jak i Doktor Kasia, udzielali mi informacji). Tym razem będę musiała poczekać. Oby to było czekanie na dobre wiadomości!

Tak. Tyle po dzisiejszym dniu wiem. Skojarzyło mi się z jedzeniem, bo po przedbadaniowej głodówce, dopadł mnie "apetyt na wszystko". Na szczęście wieczorem udało mi się opanować i stwierdzić, że tak naprawdę wcale nie jestem głodna, tylko coś się w moim ciele pomieszało i ma ochotę na jedzenie. Skończyło się więc herbatą ;)

All rights reserved/lady_in_red
Tak kojąco i z nadzieją, że jeszcze wiele razy tu wrócę
Zdjęcia z naszych ostatnich wakacji, po których wszystko się zmieniło.
A poza informacjami dot. badania... Kupiłam Panu Mężowi garnitur, który moim skromnym zdaniem jest piękny. Jeszcze nie dotarł (kurier prawdopodobnie będzie jutro). Kupienie garnituru oznacza, że na ślub mojej siostry jesteśmy właściwie gotowi. Jeszcze tylko jakąś ciekawą kartkę kupimy i będzie wszystko.
Prawdę mówiąc, nie mogę się tego ślubu doczekać. To będzie mój pierwszy wyjazd "w gości" od przeszczepu. Wzruszyli mnie. Nie tylko z Panem Mężem będziemy świadkami, ale i dowiedziałam się, że czekali z tym ślubem na mnie. Początkowo chcieli, by było to latem, ale że okazało się, że latem wypadnie przeszczep, przełożyli na teraz. Żebym była już po i żebym miała czas na dojście do siebie. Tak mi się ciepło zrobiło na sercu, gdy się przyznali... eh, zrobiłam się jeszcze bardziej sentymentalna i uczuciowa niż zawsze ;)

Wystarczy na dziś. Mam nadzieję, że uda mi się odezwać niebawem. Wszystkich Czytających pozdrawiam serdecznie i dziękuję, że jesteście. Zachęcam też do zostawienia kilku słów, to naprawdę bardzo wiele dla mnie znaczy. Jak napisałam w jednym z ostatnich komentarzy, pisząc - przestajecie być tylko liczbami w statystykach.
Do następnego razu!

sobota, 26 listopada 2016

Raport bieżący ;)

All rights reserved/lady_in_red
Na PET wezwali mnie na poniedziałek. Problemem jest to, że mojej przeszczepowej koleżance nie udało się umówić do Doktor Kasi na wizytę, bo oto od kilku tygodni jest na L4 (Doktor Kasia, nie przeszczepowa koleżanka). Znaczy miała mieć wizytę 16 listopada i odwołali ją z okazji tego L4. Dzwoniła w miniony poniedziałek i powiedzieli jej, że nie wiadomo, czy Doktor Kasia szybko z tego zwolnienia wróci. Spekulujemy, że może ciąża, ale z drugiej strony one tam w ciąży pracują bardzo długo, więc... No chyba że zagrożona. Mam nadzieję, że nic poważnego jej nie dolega. Ale jeśli nie wróci w ten poniedziałek, będę się tułała po szpitalu i szukała kogoś, kto się zgodzi mnie przyjąć w zastępstwie. To będzie zadanie dnia, bo niełatwe i upierdliwe. Tak więc proszę, trzymajcie kciuki za wyniki badania, niech się okaże, że wciąż jestem zdrowa. I za lekarza, coby mnie ktoś przygarnął.

W kwestii mojego chorego gardła i poszpitalnego reżimu... Gardło już prawie nie boli. Nie muszę w każdym razie jechać na p/bólowych, odkażać, znieczulać itd. Za to uzależniłam się z okazji tego gardła od dobrych herbat i piję jak szalona, bo trudno tak nagle przestać. A reżim... Mogę już właściwie jeść wszystko, na co mam ochotę. Wprowadzanie tego chwilę trwało, ale jestem na etapie: jem co chcę. Choć zmieniły mi się smaki i jak całe życie nie lubiłam jabłek, tak teraz są pyszne. A sery pleśniowe są ble, choć zawsze lubiłam.
Mam jeszcze problemy z interpretacją zapachów, np. karmelowa Inka z karmelowym syropem do kawy pachnie mi wymiocinami :D Muszę więc uważać, bo często nie wiem, czy mięso śmierdzi, bo się zepsuło, czy to tylko błędna interpretacja zapachu...

Dziś około południa znów mam gości, zapytałam w związku z tym Pana Męża kilka dni temu, czy kupić jakieś ciastka, czy w małej blaszce coś upiec, na co on: a nie mogłabyś ugotować tego sernika co ostatnio? W dużej blaszce? :D
Robiłam więc wczoraj wieczorem z rodzynkami i masą krówkową na wierzchu.

Z okazji ślubu mojej siostry, nową kieckę kupiłam nie tylko sobie, ale także dzieciowi. Dzieć sobie zażyczył, bo skoro każdy kupuje nowe ubrania, to ona też chce. Wygląda jak królewna. No nie mogę się napatrzeć. A i ona zadowolona, tylko ubolewa nad faktem, że nie będzie na tym ślubie dziewczynki, która miałaby rozsypywać płatki róż przed panną młodą :D

Robię plany (to wciąż się nie zmieniło, mimo chemii i przeszczepu). W myślach planuję Święta, urodziny Panny Wiedźmy, no i - co cieszy mnie chyba najbardziej - remont przedpokoju. Wywalimy wieszak, szafkę z butami i szafkę, na której jest wszystko. Zrobimy nowe tapety, szafę przesuwną i mam nadzieję, że będzie pięknie. Później marzy mi się łazienka, ale pewnie wolnego Darkowi braknie. A na koniec kuchnia i pokoik dla Panny Wiedźmy. Liczę że stopniowo, powoli, wszystkie plany uda się zrealizować i będę mogła się cieszyć tym wszystkim.

Od środy, od kiedy wiem o terminie kontrolnego PET CT, myślę o poniedziałku. Z jednej strony jestem spokojna, mam w głowie "jestem zdrowa, jestem zdrowa, jestem zdrowa". A z drugiej... no stres mimo wszystko jest, albo coś na kształt stresu. Ale muszę się trzymać dzielnie. Silna i pewna. Bo przecież jestem zdrowa, prawda? Wygrałam z chłoniakiem, podniosłam się z ciężkiej sepsy, jestem twarda :)

środa, 23 listopada 2016

Sernik gotowany, czyli jak się zakochałam w prostocie.

Wspominałam ostatnio o planach "na sernik gotowany". Postanowiłam przepis wypróbować, bo mój wiekowy piekarnik niespecjalnie nadaje się do długiego pieczenia (a pieczone przeze mnie serniki zwykle leżakują w piekarniku od 70 do 90 minut). To, jak szybko i banalnie prosto się go przygotowuje, bardzo pozytywnie mnie zaskoczyło.
To, jak doskonale smakuje - również. Sernik zniknął w ciągu doby. Smakował nam i naszym gościom. Dzieciom również. Jest delikatny, puszysty i mokry.

Zgodnie z obietnicą, przepis na sernik gotowany (proporcja na dużą blachę):


Masa serowa: 
2 kg serka na serniki
7-8 jajek
400 g masła
2 szkl cukru zmieszanego z cukrem waniliowym
6 budyniów waniliowych
1,5 szkl mleka
herbatniki petitki - około 500 g
opcjonalnie 2 puszki kajmaku, ja robiłam bez

Wykonanie:
Do dużego garnka z grubym dnem włożyć pokrojone w nieduże kawałki masło, ser, rozbełtane jajka i cukier. Drewnianą łyżką zamieszać tak, by trudno było odróżnić składniki. Następnie podgrzewać na małym ogniu często mieszając, żeby nie przywarło zbytnio do dnia. W zimnym mleku rozpuścić budynie i kiedy masa na gazie będzie wrzała, wlać budyniową mieszaninę, gotując jeszcze kilka minut i ciągle mieszając. Zdjąć garnek z ognia gdy masa stanie się gęsta.
Foremkę (22 x 37 cm) wyłożyć folią aluminiową/spożywczą i warstwą herbatników. Następnie posmarować połową kajmaku, ułożyć kolejną warstwę herbatników. Wylać połowę gorącej masy serowej, ułożyć herbatniki, wylać drugą połowę masy serowej i znów ułożyć herbatniki. Wierzch ciasta posmarować pozostałym kajmakiem i posypać migdałami. Ostudzić i schłodzić kilka godzin w lodówce. Bez kajmaku przekładałam pojedynczą warstwą herbatników.

Teraz P.S. ode mnie... Przyznaję bez bicia, że ostrożnie do tego przepisu podeszłam. No bo jak to? Sernik gotować? Bałam się, że nie wyjdzie, z gotowanych jajek zrobię jajecznicę czy coś... Więc żeby nie zmarnować wszystkich składników, postanowiłam zrobić najpierw z połowy - jedną warstwę. 1 kg serka, 4 jajka, szklanka cukru z cukrem waniliowym, 3 budynie waniliowe, 3/4 szklanki mleka. Gdy mi się udało, niczego nie trzeba było wyrzucać, z drugiej połowy zrobiłam drugą warstwę, dodając budynie śmietankowe. Dzięki temu zabiegowi, warstwy miały lekko różny kolor, co jest słabo widoczne na zdjęciach, bo z powodu rozładowanych akumulatorów do aparatu, zrobiłam je "kalkulatorem" :D, niemniej było doskonale widoczne w rzeczywistości.
Polecam przepis, moje wybredne po przeszczepie podniebienie zostało dopieszczone, a niewyparzony język, obłaskawiony.
W przyszłości planuję wypróbować wersję z cienkim ciastem kruchym na spodzie i ciastem kruchym z bezą na wierzchu oraz z rodzynkami lub skórką pomarańczową w masie serowej.

piątek, 18 listopada 2016

Nie odzywałam się, bo...

All rights reserved/lady_in_red
... nie, to nie tak, że postanowiłam porzucić pisanie. Wcale nie postanowiłam. Tak mi jakoś samo wyszło. Najpierw byłam chora, o czym pisałam, później przeżyłam chwile grozy, bo oto w końcu gdy nie zdrowiałam, wybrałam się do lekarza mego rodzinnego, który to lekarz potwierdził infekcję wirusową, ale zlecił też badania krwi, morfo + OB. I krew wyszła ogólnie nieźle, ale OB aż 88. Pani doktor spanikowała i uznała, że lepiej dzwonić do Krakowa, bo od infekcji to do 40 by było, a że jest aż 88, to się pewnie na chorobę podstawową nałożyło. "No ale jak na chorobę podstawową" - myślałam. Przecież w remisji nie ma choroby podstawowej, tak? Wyszło mi więc, że ona, spanikowana, podejrzewa wznowę. Dzwoniłam do tego Krakowa jak szalona. I jak na złość, Doktor Kasi nikt nie umiał namierzyć, ale przemiłe panie w sekretariacie pozwoliły dzwonić tak często, jak tylko mam ochotę, coby Doktor Kasię złapać. I w końcu złapałam. Około 12:00, będąc już naprawdę bliska zawału. A Doktor Kasia orzekła, że:
- przede wszystkim moje OB to wyłącznie wina infekcji, nic się nie nakłada na chorobę podstawową, bo "pani jest w całkowitej remisji, więc nie ma się na co nakładać"
- jest takie wysokie, bo "przeszła pani ciężką chemię i bardzo ciężkie leczenie, więc organizm jest wycieńczony, to mu pozwala na nadreakcję
- zaleciła Klacid, uznała że mimo dobrych parametrów, to się nie przekłada na stan odporności i ogólna kondycję, bo tylko ilość krwinek się zgadza, nie zgadza się jakby jakość. One są niedojrzałe, więc trzeba mi pomagać z grubej rury.
- jeśli nie zaczęłam terapii sterydem i Pulmicortem (zaleconej przez lekarza rodzinnego), mam nie zaczynać (a nie zaczęłam)
- i mam się nie martwić, nie stawia się nowotworowej diagnozy na podstawie tego, co się komuś wymyśliło w danej chwili w głowie.
Doktor Kasia nie miała wątpliwości co do winy infekcji, a że zna się na tym, co robi, że ufam jej opinii, kamień spadł mi z serca. Oczywiście wiem, że to wcale nie znaczy, że jestem w 100% bezpieczna w kontekście wznowy, ale wiem też, że takie OB nie jest dla tej wznowy żadnym wyznacznikiem.

Moja Duża Patriotka po akademii z okazji 11 listopada
All rights reserved/lady_in_red
Po antybiotyku szybko doszłam do siebie, minęło złe samopoczucie, minęły bóle głowy i w ogóle ozdrowiałam zupełnie. Było pięknie, przez miesiąc. Po tym czasie Panna Wiedźma przytargała do domu jakiegoś innego wirusa, w wyniku którego najpierw bolało ją gardło, następnie doszedł katar, spuchło jej oko i okolice nosa po jednej stronie, wysoko gorączkowała. Gardło miała książkowo wirusowe, tak idealnie książkowo, że nie miałam co do wirusowego podłoża absolutnie żadnych wątpliwości. Na wszelki wypadek jednak, w czwartej dobie posłałam ją z Panem Mężem mym do lekarza, coby fachowym okiem spojrzał i ocenił "moją diagnozę". Pediatra diagnozę potwierdziła, infekcja była wirusowa, oko spuchło od kataru, który przytkał jakiś kanalik lub kanaliki.
Dziś Panna Wiedźma jest niemal zupełnie zdrowa i gdyby nie pozostałości w postaci wysypki w okolicy nosa (strasznie ją wysypało od tego kataru, zrobiły się pęcherze i ogólnie nieładnie do wyglądało), można by uznać, że w ogóle nie była chora. Za to ja po dwóch dniach przejęłam od niej owego wirusa i morduję się z bólem gardła, na który absolutnie nic nie pomaga. Próbowałam już chyba wszystkiego. I nic. Jeśli to potrwa dłużej, oszaleję! Na szczęście mam tylko ból gardła (miałabym pewnie też temperaturę, ale przy takich ilościach ibuprofenu i paracetamolu, jakie łykam, po gorączce nie ma śladu). Dziecku memu ból gardła minął po 4 dobach, ja mam dziś 3 dobę, łudzę się, że jeszcze tylko jutro i odetchnę. Oby!

Ale mam też dobre wiadomości. Jestem w coraz lepszej kondycji. Uwielbiam drzemki w ciągu dnia, ale już nie muszę z nich korzystać. Nim moje dziecko się pochorowało, przez tydzień odbierałam je z przedszkola. Zaliczyłam już dwa razy robienie pierogów i kilka blach ciasta. Coraz sprawniej schodzę ze schodów i wchodzę po nich, a co najważniejsze, nie muszę już wciągać się po poręczy. Jest naprawdę dobrze. I włosy... rosną jak szalone. Podobnie brwi i rzęsy. Jedynym minusem jest fakt, że na nogach odrosły mi włosy mocne, jak chyba nigdy w życiu. Po latach korzystania z wosku i depilatora, włosy na nogach były słabe, a depilacja bezbolesna. Gdy kilka dni temu odważyłam się na pierwszą po przeszczepie depilację, byłam bliska płaczu. Po wydepilowaniu 1/4 nogi miałam serdecznie dosyć i walczyłam z namolną myślą, by porzucić tę depilację na amen. Na szczęście wytrwałam, kolejna depilacja powinna więc być nieco mniej hardkorowa ;)

Nabyłam sukienkę na okoliczność ślubu mojej siostry. I okazała się za duża (to miłe). Od przeszczepu mam około 10 kg mniej. Jeszcze około 7-8 i będę zadowolona. Siostra ma zmieni stan cywilny 16 grudnia, dziś udało mi się na tę okoliczność nabyć sukienkę dla Panny Wiedźmy, to zaś oznacza, że jeszcze tylko garnitur dla Pana Męża i będzie cacy.

Jutro spodziewam się gości, dlatego testować dziś będę przepis na sernik gotowany. Mam nadzieję, że wyjdzie (a jeśli tak, poczęstuję Was owym przepisem). No i gościom marzą się pierogi, więc... będą pewnie pierogi part 3.

To w skrócie pewnie tyle. Po 26 listopada powinni wezwać mnie na badanie PET. Mniej więcej tydzień później umówię się na wizytę u Doktor Kasi. Mam nadzieję, że wyniki będą w porządku i będę mogła odetchnąć z ulgą.

piątek, 21 października 2016

Jak to z tym SORem było...

Photo credit: Fleep Tuque via Foter.com / CC BY-NC
Zgodnie z planem czekałam, poiłam się lipą chrzczoną miodem, poiłam się naparem z geranium chrzczonym w dokładnie ten sam sposób i miało być pięknie. Przez chwilę nawet zapowiadało się, że będzie. Ale... że ja nie mogę mieć spokoju, we wtorek po południu termometr pokazał 38,6 więc trzeba było spakować torbę i ruszyć na ten nieszczęsny SOR.

Tam mi pani doktor ciśnienie podniosła i to solidnie. Ja nie wiem, niektórzy lekarze ewidentnie minęli się z powołaniem... Tam jest taka procedura, że najpierw ogląda Cię lekarz na izbie. Pani doktor mnie zbadała, osłuchała, poczytała ostatnią moją kartę z Krakowa, wymyśliła że mnie odeśle na hematologię do innego szpitala, więc mówię do niej nieśmiało, że tam leżą ludzie ze zjechaną odpornością, w trakcie chemii, to chyba niespecjalnie szczęśliwy pomysł, żeby im pacjentkę z infekcją podesłać i że ja bym nie była szczęśliwa na ich miejscu. Więc ona, przywołana do porządku: no tak, no tak, no w sumie ma pani rację... ale żeby jednak mnie nie przyjmować, pyta czy ja tylko w Krakowie się leczyłam. Odpowiedziałam, że nie, że zaczęłam tutaj, więc ona uradowana pyta, u kogo, że może do tego kogoś na oddział. No to ja, że nie, bo na oddziale dziennym chemię brałam, więc nijak, skoro już wieczór, a do tego znów z infekcją między ludzi przy chemii. Poczytała jeszcze trochę i wydumała, że mnie odeśle na SOR. I że da od razu skierowanie na oddział. Że na SORze zrobią badania i jak wyjdzie ok, to pójdę do domu, a jak nie, to na oddział. Poszłam więc. Tam zaś inna pani doktor czytała więcej niż jedną kartę i dłużej, dopytywała o to, czego nie zrozumiała z tych kart i nagle: "ooo, to widzę, że na lekarza rodzinnego padł blady strach, gdy zobaczył pani dokumentację", więc jej wyjaśniłam, że u lekarza rodzinnego nie byłam, bo najpierw nie było powodu (sam katar), a później było za późno (bo gorączka się zrobiła popołudniu). Do tego mam w karcie wpisany przykaz, by w razie gorączki wyższej niż 38 jechać na SOR, a nie do lekarza rodzinnego. Ona na mnie patrzy i z takim powstrzymywanym dąsem mówi: no ale z przeziębieniem jeździ się do rodzinnego.
Wzięłam głęboki wdech i rzekłam, że normalnie pojechałabym do rodzinnego, albo i nigdzie nie pojechała, bo wychodzę z założenia, że przeziębienie wystarczy wyleżeć, a z przychodni można sobie do takiego przeziębienia przywieźć w październiku grypę, ale - jak już pewnie wie - jestem po przeszczepie, co zmienia postać rzeczy i zostało mi wyłożone, że mam jechać na SOR, co niniejszym uczyniłam. Dodałam, że wcale nie chcę tam być i gdyby nie to, że się boję powtórki z sepsy, na pewno nie błąkałabym się wieczorem po szpitalu. Że nie jestem histeryczką, tylko poinformowano mnie, że w mojej sytuacji, z moją historią, taka gorączka powinna być w pierwszej kolejności sprawdzana pod kątem sepsy. Spuściła nieco z tonu, ale orzekła, że oczywiście zapraszają mnie 24/dobę jeśli będę miała potrzebę, jednak jeśli gorączka towarzyszy objawom infekcji, infekcja jest w wywiadzie u dziecka/męża, to mogę być spokojna i iść do rodzinnego.
Poszła pisać. Pisała chyba z 20 minut, przyszła i już spokojnie mówiła o tej wirusówce, ja błysnęłam wiedzą, ona się cieszyła, że nie musi mnie przekonywać o tym, że antybiotyki nie działają na wirusy, ja tłumaczyłam, że nie przyszłam po antybiotyk itd. Na koniec chciałam się upewnić, czy wg niej mam nie przyjeżdżać, jeśli oprócz gorączki mam inne objawy, zaś przyjechać tylko wtedy, gdy jest gorączka i nic innego. A ona zaczęła się jąkać - pewnie ją strach obleciał ;)
Photo credit: matsuyuki via Foter.com / CC BY-SA
W każdym razie stanęło na tym, że jeśli coś wskazuje na wirusówkę, mogę spokojnie do rodzinnego, jeśli jest tylko gorączka, bezwzględnie do nich, a jeśli gorączka z biegunką, z bólami brzucha czymś takim, to można przypuszczać, że to jakaś bakteria, więc lepiej też do nich. No i ogólnie że oni tam nie zamykają, więc jak by się coś działo, mogę przyjechać. Tak mnie wkurzyła, bo w Krakowie mi mówią, że to stan potencjalnie zagrażający życiu i mam godzinę na pojawienie się w szpitalu. A tu mają wywalone i wszystko trwa i trwa, a na koniec dostajesz dąsem. Dopowiem, że krwi mi nie zbadała, bo "te badania sprzed 2 tygodni, z Krakowa, są świeże". Orzekła, że neutrofile były dobre, morfo ogólnie przyzwoita, więc raczej dam radę z wirusówką, a gdy się upewniałam, że nie zbadają, bo w Krakowie mówili, że przy każdej gorączce trzeba, rzekła, że skoro ta gorączka jest od kilku godzin, to nic nie wyjdzie i że najwyżej żebym następnego dnia do rodzinnego podeszła po skierowanie i zrobiła, jeśli bardzo chcę. Następnego dnia doznałam olśnienia i wydało mi się to absolutnie durne. Wszak kiedy przy tej sepsie zagorączkowałam, to od razu krew pobrali na posiew i inne badania i od razu wyszło. Znaczy nie posiewy, bo one muszą oczywiście rosnąć, ale było widać, że coś się dzieje. Tak więc... strach chorować ;) No, w każdym razie zalecenie było takie, żebym leżała, odpoczywała, dużo piła i zbijała gorączkę, a jeśli nie byłoby poprawy po 2-3 dniach, podeszła do lekarza po antybiotyk. Więc leżę, piję, smarkam i oczekuję poprawy ;) Nie no, tak naprawdę to chyba jednak ciut mi lepiej. Liczę, że się wyliżę. A jeśli nie, w poniedziałek pojadę do lekarza rodzinnego. Żeby mi jeszcze nie było tak zimno, to byłaby bajka...

sobota, 15 października 2016

Spotkał katar Katarzynę...

Photo credit: stevendepolo via Foter.com / CC BY
... co było do przewidzenia. Mogę zabarykadować się w domu, robić wywiad środowiskowy przed przyjęciem w domu rodziców itd. Ale gdy Panna Wiedźma się przeziębi, to nijak - ani ja pod most, ani ona ;)
Starałyśmy się unikać kontaktu, nosiłam maseczkę i w ogóle, a mimo to wczoraj wstałam z katarem i spowodowanym przez niego pieczeniem gardła. Pannie Wiedźmie lepiej, w poniedziałek powędruje do przedszkolandii. Ja zaś... dumam, co zrobić ze sobą. Popijam lipę z miodem, napar z geranium z miodem, staram się leżeć pod kocem i wygrzewać zadek, ale o ile dotychczas dokuczał mi tylko katar, o tyle od godziny czy dwóch, moja temperatura krąży wokół lekkiego stanu podgorączkowego. Zalecenie od Doktor Kasi jest takie, by w przeciągu godziny zjawić się na SORze w przypadku gorączki. No ale stan podgorączkowy to jednak nie gorączka, więc staram się nie histeryzować. Relatywnie dobrze się czuję. Kaszlę sporadycznie, głowa mnie pobolewa, ale jest to klasyczny od-katarowy ból, więc tak naprawdę mam tylko katar i stan podgorączkowy (na który normalnie nie zwróciłabym uwagi, bo przecież jest jak najbardziej naturalny w przypadku przeziębienia czy infekcji noso-gardła). Nie wiem jednak, jak to wygląda w moim przypadku, czyli w przypadku "poprzeszczepowca". Żałuję, że sobota dziś i że już tak późno. Normalnie zadzwoniłabym do Doktor Kasi i poprosiła o radę, a tak... Muszę sama zdecydować. Skłaniam się jednak (na tę chwilę) ku czekaniu. Choć prawdę mówiąc, jest to takie czekanie z duszą na ramieniu. Co 15-30 minut sprawdzam temperaturę i modlę się, żeby jednak nie urosła. Wyjazd do szpitala jest mi bardzo "nie w smak".

A poza katarem?
Poza katarem Panna Wiedźma znów dała czadu ;), czyli "Z moim dzieckiem rozmowy... codzienne"
- Skarbie, przynieś szczotkę, gumki i spray do rozczesywania włosów
Mija kilka chwil i przynosi mi tylko szczotkę
- to wszystko? Może coś jeszcze miałaś przynieść?
- yyyyyyy no nie wiem, nie pamiętam... sól do nosa? - próbuje się ratować
- pomyśl chwilę, co będziemy robić?
- czesać włosy?
- no właśnie, czesać włosy! Więc po co ci sól do nosa? Co jest potrzebne do czesania?
- aaaaa, gumki! - wykrzykuje radośnie
- dobrze! i co jeszcze?
- nie wiem, tyle chyba. Szczotka i gumki
- a na wypadek, gdybym cię ciągnęła przy czesaniu? - podpowiadam
- aaaaaa! już wiem, coś do zagryzienia!
KURTYNA


piątek, 7 października 2016

Co u mnie, czyli jestem po II kontroli.

All rights reserved/lady_in_red
Nie pisałam, bo... Bo kiepsko znosiłam ten początkowy okres po przeszczepie. Kiepsko i fizycznie, i psychicznie. A nie chciałam narzekać. Bo jestem wdzięczna za życie. Za drugą szansę. Chciałam to przeczekać, przemilczeć i wrócić do pisania w jako takiej formie.

A zatem jestem. W poniedziałek, 3 października odwiedziłam znów Magiczny Kraków i moją ulubioną Doktor Kasię. Czego się dowiedziałam?
Spadła mi hemoglobina, na tyle dużo, że nie można tego olać, ale i na tyle mało, że nie można przetaczać. Dostałam żelazo i zobaczymy. Poza tym wyniki przyzwoite, aczkolwiek mam pamiętać, że szpik aktualnie produkuje krwinki niedojrzałe lub nie w pełni dojrzałe, zatem nawet jeśli ich ilość prawidłowa jest, ewentualnie bliska normy, nie oznacza to, że jestem bezpieczna. Mam bardzo uważać, ale...
- mogę zamienić sterylizację na mycie (czyli wszystkobójczy płyn na zwykły detergent)
- mogę zacząć rozszerzać dietę, z umiarem, jak niemowlakowi, co 2-3 dni coś nowego aż do powrotu do spożywania wszystkiego
- w grudniu mam się zaszczepić na grypę, wzw i inne jakieś. Wszystkie szczepienia na mój koszt
- PET końcem listopada, wtedy mam się umówić na kolejną kontrolę.

Wszystkie dolegliwości są w tej chwili normalne, serce może walić tak szybko z okazji niskiej hemoglobiny. Jeśli dolegliwości nie ustąpią po 3 miesiącach od przeszczepu, wtedy ortopeda, okulista, gastroskopia i co tam jeszcze. A na razie mam starać się to przetrwać. To tak z grubsza, bo w gabinecie siedziałam godzinę. Było, jak zwykle zresztą, bardzo na luzie i bardzo sympatycznie. Najlepsze było to, że ta Uśmiechnięta Cholera, zwana również Doktor Kasią, powiedziała do mnie: "no, już niedługo będzie pani normalnym człowiekiem". Ryłyśmy jak głupie na cały gabinet, a to był gabinet "dwulekarzowy". Za kotarką inna pani doktor przyjmowała swoich pacjentów, w tym czasie zakonnicę. No, to tak sprawa wygląda. Jeśli możecie, trzymajcie proszę kciuki za hemoglobinę, coby się obeszło bez przetoczeń (czyli powrotu do szpitala) oraz za PET, coby potwierdził, że remisja trwa. I tak przez 5 najbliższych lat :P

A poza tym... chyba odzyskuje zmysł smaku (nie pisałam, że po chemii straciłam zupełnie smak i wszystko smakowało papierem). Jeszcze kilka dni temu lizanie pieprzu (dla testów) nie przyniosło absolutnie żadnych rezultatów, poza okrutnym pieczeniem warg, z których schodzi mi skóra (jak i z reszty ciała). W poniedziałek zdaje się, poczułam smak musztardy, we wtorek (dla testów) poczułam pieprz, a w środę na śniadanie przygotowałam sobie ukochane jajka na miękko, pół sztangla z masłem i szczypiorkiem oraz rozpuszczalną kawę z mlekiem (dotychczas piłam Inkę, bo po rozpuszczalnej miałam niekończące się wymioty). I nie smakowało papierem. To nie był smak kawy z mlekiem i jajka na miękko, ale było coś na kształt smaku. Za to szczypiorek smakował szczypiorkiem (i był przyjemnie pyszny). Nawet nie wiecie, jaka to jest radość, ugryźć coś i nagle poczuć, jak smakuje. Po takim czasie... Pełnia szczęścia.

All rights reserved/lady_in_red
Z wieści nieonkologicznych... dumałam nad Dniem Nauczyciela (tak, wiem że to Święto Edukacji Narodowej). Dumałam, czy pozwolić Pannie Wiedźmie złożyć życzenia "jakieś", co było by fajne, ale i ryzykowne, zważywszy na fakt, że ona umiłowała sobie dorzucanie do życzeń czegoś w stylu "i życzę pani, żeby miała pani takie ładne piersi jak moja mama" :D czy też znaleźć jej jakiś wierszyk i znów doprowadzić panie do płaczu. We wtorek przez sto godzin szukałam czegoś sensownego w necie i wyobraźcie sobie, nie znalazłam niczego. Same g*wna lub wiersze dla starszych dzieci, uczących się w szkole. Po tych stu godzinach siedziałam i płakałam, a Pan Mąż mnie beształ, że wyję z powodu g*wnianego wierszyka. W końcu moja frustracja osiągnęła szczyt i stwierdziłam, że "g*wniany wierszyk" to ja jej mogę napisać własnoręcznie. Usiadłam i stworzyłam. Pan Mąż trochę miauczał, że za długi itd., ale Pannie Wiedźmie spodobała się ta grafomania, więc myślę, że i paniom się spodoba (do tego wierszyki tego typu są z reguły grafomańskie, a nie mickiewiczowskie, więc wstrzeliłam się w konwencję). Mam nadzieję, że wyjdzie dobrze. W środę przed przedszkolem nauczyłam Pannę Wiedźmę połowy tego cuda literatury (we wtorek bałam się, że mało czasu zostało, że możemy nie zdążyć). Jestem w szoku. Ewidentnie pamięć ma po mnie, bo bez trudu uczyłam się notatek na pamięć, ale... ja chyba potrzebowałam nieco więcej czasu, ona mnie zadziwia. Pewnie nie zobaczę reakcji Pań (a lubię i na nie patrzeć i dumna być wtedy z dziecka mego), bo mi nie wolno chodzić do przedszkola póki co... No chyba, że jakieś specjalne pozwoleństwo dostanę od Doktor Kasi. A nawet jeśli nie - zadowolę się opowieściami :)

Na dziś chyba wystarczy. Wszystkich, którzy mi dobrze życzą, zaglądają tu, trzymają za mnie kciuki itd. serdecznie pozdrawiam! Jestem Waszą dłużniczką!

czwartek, 15 września 2016

Wróciłam.

All rights reserved/lady_in_red
Właściwie to jutro minie tydzień, odkąd jestem w domu, kąpię się we własnej wannie, śpię we własnym łóżku i załatwiam na własnej toalecie. Jestem słaba i bardzo mi z tym źle. Wyglądam jak siedem nieszczęść. Chciałam być jak super hiroł, który wyjdzie ze szpitala i będzie żył od razu na pełnych obrotach, a tu się nie da. W moim domu "grasuje" mama, która stara się bardzo pomóc, ale chwilami tak działa mi na nerwy, że mam ochotę wystrzelić ją w kosmos. Za kilka dni zmieni się z teściową - też będzie się działo.
Tak, jestem upierdliwa i drażliwa. Chciałabym nie potrzebować pomocy, chciałabym robić sobie to wszystko sama i chciałabym, żeby znów było jak dawniej - czyli po mojemu. Nie jest. I wszystko jest nie tak. Ale przełknę i to. Niech no tylko dojdę do sił, wróci stary dobry ład i porządek. Mój ład i porządek, moje zasady, mój dom.


Ze szpitala "nadawać" przestałam, bo zostałam obdarowana sepsą i było naprawdę nieciekawie. Na szczęście wylizałam się. Mało tego! Wylizałam się na tyle szybko i na tyle dobrze, że lekarze nie mogli uwierzyć w wyniki. Skwitowano, że muszę mieć olbrzymią siłę w sobie i ogromną wolę życia, bo medycznie trudno taki stan wyjaśnić.
Mam! A jakże!

Być może gdy nabiorę nieco sił, napiszę o samym przeszczepie, ale dziś tylko tyle. Żyję, jestem w domu, wyniki mam przyzwoite. Zakończyłam okres kontroli w poradni poprzeszczepowej i wracam pod opiekę Zespołu Leczenia Chłoniaków, czyli fizycznie pod opiekę doktor Kasi, co mnie bardzo cieszy. Wizytę umówioną mam na 3 października. Do tego czasu mam leżeć, pachnieć i nabierać sił.
Tak więc ćwiczę się w pokorze i cierpliwości, starając się leżeć (gdy się nie staram, mam zawroty głowy i serce mi szaleje) i starając się mieć w nosie, że mój dom coraz mniej jest mój.

wtorek, 23 sierpnia 2016

Śpiąca Królewna, czyli dzień minus trzy.

All rights reserved/lady_in_red
Nie pisałam, bo i w zasadzie nie było o czym. Postanowiłam podejść do tej chemii iście po królewsku i tym sposobem zostałam Śpiącą Królewną. To z jednej strony dobrze, bowiem gdy leżę, mdłości są do zniesienia, zaś gdy śpię, nie czuję ich wcale. Do tego dzień szybciej mija i łatwiej jakoś znosić to wszystko. A lekko nie jest. Pociesza mnie myśl, że jutro już minus dwa. A minus dwa oznacza, że to ostatni dzień chemii. Rzekomo najgorszy, ale są też tacy, którzy mówią, że wcale niekoniecznie musi być tak hardkorowo, jak zwykło się mówić o tej chemii.
Tak więc i boję się i nie mogę się doczekać. Mam jakieś takie poczucie, że po przeszczepie, gdy dni będą miały plus, będzie mi łatwiej czekać. Odliczać. I że lepiej się będę czuła. No chciałabym bardzo, żeby to się sprawdziło.
Dziś ostatni dzień dwa worki rano, jeden na noc. Jutrzejszy, na całe szczęście, jest już tylko jeden. Trwa dwie godziny i oczywiście nie pamiętam, jak się nazywa.

Ogólnie jestem osłabiona, senna i zmulona. Mdłości dokuczają mi straszliwe. Do tego stopnia, że trudno cokolwiek przełknąć. Ba! Trudno nawet zęby umyć, płukać jamę ustną trudno. Mnie to nawet trudno chwilami mówić, a to ból jest niesamowity, wszak jak powszechnie wiadomo, papla ze mnie straszna. I choć tu, w mojej izolatce, nie mam do kogo dzioba otworzyć, to już przez telefon by było, a muszę się ograniczać, bo paplanie potęguje nieprzyjemne nudności.

Kończy się wtorek. Jeszcze dwa dni czekania i dostanę nowe życie. Nową szansę. Urodzę się nowa. Jaka będę? Na pewno po części taka, jak "stara ja", ta - która właśnie umiera. Ale i myślę sobie, że sporo będzie mnie nowej, zupełnie innej, zmienionej na zawsze. Bo doświadczenia, z którymi przyszło mi się mierzyć w przeciągu ostatniego roku, zostawiają ślad trwalszy niż piętno. Zmieniają na zawsze. Mam nadzieję, że właściwie wykorzystam tę drugą szansę. Że "zasłużę" na to moje nowe życie.

Tęsknię za moją Pchełką, choć jeszcze nie minął nawet tydzień naszej rozłąki. Wiem, że z moją siostrą i jej dziećmi jest jej dobrze, a jednak tak bardzo mi jej brak, tak chciałabym ją wyściskać, wyprzytulać, wycałować. Tak chciałabym czuć jej oddech na swoim policzku, spoglądać w te psotne ślepia, słyszeć zawadiacki głosik. Tak chciałabym móc poczuć miękkość jej skóry. Tak bardzo chciałabym mieć ją przy sobie...

sobota, 20 sierpnia 2016

Niedobrze mi, czyli dzień minus sześć.

All rights reserved/lady_in_red
Na mojej drodze do przeszczepu dzień minus sześć. Jestem słaba i senna. To dlatego większość dzisiejszego dnia spędziłam w objęciach Morfeusza. Do tego mnie mdli, okrutnie, ale wg lekarki, która dziś wieczorem ma dyżur, nie mogę nic dostać, bo już "coś dostałam". Cóż, na dole, gdy mimo "cosia" nadal mnie mdliło, próbowano z innymi lekami, coby mi ulżyć, a tu pani doktor mówi, że nie, to nie. Była przy okazji tak miła, że podarowała mi opowiastkę o starszym panu, który przez przypadek w ogóle nie dostał premedykacji, a miał bardzo wymiotogenną chemię i stwierdził, że nic mu nie jest, żadnych mdłości nie czuje. Pani doktor orzekła na tej podstawie, że zwłaszcza młode kobiety są takie wrażliwe i dlatego czują mdłości. Dowiedziałam się, że ta chemia taka jest i po prostu te mdłości są. Wielkie mi pocieszenie. No ale... muszę zacisnąć zęby i jakoś to przetrzymać, a gdy już będzie naprawdę upiornie, zadzwonię po pielęgniarkę i będę błagała o jakiś inny przeciwwymiotny specyfik.

Dzisiejsza chemia, to dwa worki przed południem (po dwie godziny każdy) i jeden dwugodzinny worek na dobranoc, o 22:00. On jeszcze przede mną. No i w zasadzie tyle. Te same specyfiki będę brała jeszcze jutro, w poniedziałek i we wtorek. W związku z moją sennością, niespecjalnie mam o czym opowiadać. Prawdę mówiąc, nie wiem nawet, jak nazywa się chemia, którą biorę. To znaczy pani ordynator mówiła mi, ale ja po jednym powiedzeniu nie zapamiętuję ;)

Chciałabym, żeby już był czwartek. Chciałabym mieć już tę chemię za sobą...

piątek, 19 sierpnia 2016

Następny krok ku przeszczepowi - dzień minus siedem.

All rights reserved/lady_in_red
Dziś dzień minus siedem. Jedna chemia. Jestem już po. I nic mi nie drętwiało, nic się nie przykurczało, za to miałam piękną reakcję alergiczną. Zaczęło mnie piec w nosie, początkowo jak przy przeziębieniu, po chwili już tak konkretnie szczypało i piekło jak poparzone i przechodziło na wewnętrzną część policzków, dziąsła, podniebienie, oczy... Na koniec piekło jakby wewnątrz głowy, jakby ktoś tam nalał kwasu. Nasilało się przy okazji. Pielęgniarka pyta: pani czasem nie pieką oczy? No to jej powiedziałam, co mnie piecze. Pobiegła po leki i jest lepiej, choć oczy wciąż mam szkliste i czerwone. No ale to tyle. Dostałam płyny i aż do wieczora jestem wolna. O 20 dostanę jeszcze płyny na noc. Jutro zdaje się kilka chemii, ale to dowiem się jutro, bo dziś pielęgniarka nie wiedziała.

Prawdę mówiąc, myślałam że będzie gorzej. A ja cieszę się, że to była tylko taka reakcja, że nie zatrzymało mi się serce, albo coś równie nieprzyjemnego. Spodziewałam się ostrej jazdy po tej chemii pierwszodniowej. Jestem słaba, nieco otumaniona, ale poza tym mam się nieźle.

Jestem ciekawa, czy tak będzie do samego końca, no i czy ta reakcja to na tyle dziś, czy są jeszcze jakieś długofalowe skutki uboczne trucizny, którą dziś "wypiłam".

czwartek, 18 sierpnia 2016

Czekając na przeszczep szpiku - dzień minus osiem.

All rights reserved/lady_in_red
Plan na ten dzień został zrealizowany. Zgodnie z planem jestem nawadniana od rana. Jestem tak nawodniona, że czuję się, jak te pingwiny z boku ;) A przede mną jeszcze 1000 ml nawadniania dziś. Zgodnie z planem spisuję i liczę to, co wypiłam i to, co w postaci płynu wydaliłam. Będę to robiła przez cały miesiąc, jaki tu spędzę. Muszę w związku z tym opracować strategię trafiania do słoika. No a przede wszystkim zgodnie z planem zostało mi założone wkłucie centralne. W tej chwili bardzo się z niego cieszę, bo to wygoda, bo wolne ręce, bo w dużą żyłę, więc nie ma dyskomfortu przy podawaniu leków i tak dalej. Ale...

Początki tego wkłucia były trudne. Oddziałowy lekarz zakładający wkłucia jest na urlopie, toteż czekaliśmy dziś na anestezjologów z oddziału kardiologii. Wezwano mnie tuż przed 11:00. W gabinecie zabiegowym poza pielęgniarką, z którą już się dziś witałam, przywitało mnie dwoje lekarzy. Pani doktor i pan doktor - z tego co przyswoiłam, obydwoje w trakcie specjalizacji z anestezjologii. Zabieg wykonać chciała pani doktor, pan doktor zaś zabawiał mnie pogadankami i był bardzo pomocny, gdy podnosił chustę - obłożenie, by dostarczyć mi trochę powietrza. Chusta osłaniała mi głowę i szyję tak, że zasłaniała też twarz. A że to sztuczne, sztywne i w ogóle, to i lipnie powietrze przepuszcza.

W każdym razie. To było moje trzecie wkłucie i stwierdzam jednoznacznie, że najgorsze. Było okropnie. Czuję się do teraz, jakby mi ktoś szyję bejsbolem stłukł. Lekarka próbowała 3 razy, znieczuliła bardzo płytko (tamci wcześniejsi znieczulali bardziej wgłąb skóry), więc bolało okrutnie, do tego nie mogła sobie w żyłę trafić, więc szukała, kręcąc tą igłą w środku i chyba poraziła jakiś nerw, bo nagle poczułam paraliż na prawy bark. Myślałam, że im tam fiknę. Na koniec mnie przeprosiła i razem z kolegą doktorem orzekli, że bardzo dzielnie zniosłam te ich zabiegi. No a co miałam robić? Płakać? Z duszą na ramieniu czekałam na RTG i modliłam się, żeby choć warto było tyle się namęczyć. Na szczęście po dwóch godzinach od wykonania badania, okazało się, że wszystko jest w porządku, cewnik we właściwym miejscu. Kamień spadł mi z serca, bo bardzo nie chciałam przeżywać jutro powtórki z tej dzisiejszej wątpliwej rozrywki.

Jutro zaczynam chemię. I już się boję. Ale powtarzam sobie, że dam radę choćby nie wiem co. Przeżyję, wytrzymam i wrócę do domu. I będę zdrowa na zawsze.

środa, 17 sierpnia 2016

O tym, jak wygląda moja droga do przeszczepu.

All rights reserved/lady_in_red
Teściowa myślała, że ot - przyjadę sobie, przebiorę się i dostanę szpik. No nie.

W Sekretariacie Ruchu Chorych stawiłam się zgodnie z zaleceniami o godzinie 9:00. Odebrałam swoje dokumenty, wszystkie zgody, skierowanie do szpitala oraz kartkę z naklejkami na wszelkiego rodzaju próbki do badań. Następnie windą z całym dobytkiem. Na drugie piętro. Dzwonkiem w domofonie i oto proszę państwa jestem, przybyłam.

Kazano mi poczekać w bibliotece. Nie mogłam usiedzieć na miejscu, więc stałam, jak gdyby dręczyły mnie hemoroidy.

Do Magicznego Krakowa przywiózł mnie Książę Pan i Panna Wiedźma, ale ta druga od wczoraj już niespecjalnie pewnie czuła się w tej sytuacji. Już wczoraj wspominała, że nie chce jechać. Czułam, że się boi tego rozstawania się w szpitalu, tego żegnania i całej reszty. Gdy ją taką wystraszoną zobaczyłam w tej bibliotece, zarządziłam, by jechali. Musiałam uciąć sprawę. Tuliła się do mnie i mówiła, że nie chce, żebym tu zostawała. A ja przypominałam jej, że zostaję tu po to, by wyzdrowieć i żyć. I być z nią. I robić to wszystko, co zawsze razem robiłyśmy. Jeszcze jeden buziak, jedno przytulenie i jeden buziak i "mamo, pomachasz mi przez okno?" Obiecałam, że pomacham i dałam Księciu Panu znak, by nie przedłużać tego rozstania. On też przytulił mnie mocno. Trzymał długo. Było mi dobrze. Poszli, a ja z trudem powstrzymywałam łzy. Ciężkie to było rozstanie.
Przez okno machałam bardzo długo, dopóki mnie widziała, to machała, a widziała przez spory kawałek drogi. Książę Pan, wziął ją na "osłodę" do Maca.

All rights reserved/lady_in_red
Wróćmy do mnie po tym wstępie osobistym. Zaczekałam aż mnie poproszą. Z dwiema walizkami i maleńką torbą weszłam dziarsko na oddział. Pielęgniarka przywiozła mi wózek i kazała wypakować wszystko, co mam w walizkach. Nie omieszkała żartować ze mnie, że tyle tego wszystkiego mam. Zdziwiłam się, bo w końcu powiedziano mi, że przyjechałam tu co najmniej na miesiąc, więc co? Miałam wziąć jedną piżamę i szlafrok?
Gdy przyszła inna pielęgniarka i zagadała o walizki, wyłożyłam jej grzecznie, że jestem z daleka, że nie - nie ma mi kto co 2 dni przywozić czystych ubrań, a wycieczka tutaj to dla mojego męża blisko 400 km w obie strony, więc wzięłam tyle, coby nie chodzić w brudnym. Przyznała mi rację i temat się skończył.
Wózkiem wwiozłam swoje rozpakowane rzeczy do sali, w której obecnie leżę. Zapakowałam wszystko do szafki (trochę musiałam sobie pomóc nogą ;) ), przebrałam się w pierwszy zestaw ubrań i czekałam na pobranie krwi.
Poznałam ordynator oddziału, poznałam lekarkę prowadzącą oraz "taką nową, która jest na oddziale od niedawna". Opowiedziałam o tym, jak zaczęłam chorować, jak mnie leczono i jak nie leczono. Dostałam wenflon i zostałam zaznajomiona z planem na najbliższych kilka dni.

A plan jest taki:
dziś, dzień -9, nawadnianie
jutro, dzień -8, wkłucie centralne,
piątek, dzień -7, rozpoczęcie chemioterapii mającej na celu zabicie mojego szpiku
Chemia będzie kontynuowana aż do środy, dnia -2. Czwartek jest dniem -1 i z założenia mam odetchnąć. Z założenia, bo zostałam poinformowana o skutkach ubocznych leku, który dostanę w ostatni dzień chemioterapii, a są nimi wymioty, nudności i inne żołądkowe sensacje, które mogą potrwać nawet 10 dni i są bardzo nasilone. Nie jestem więc pewna, czy faktycznie odpocznę.
W piątek, 26 sierpnia DZIEŃ ZERO! Urodzę się na nowo i planuję w przyszłości obchodzić w tym dniu swoje urodziny. Dzień zero to dzień przeszczepu. Każdy następny to + ileś. Gdy uda mi się dotrzeć do +100 można będzie uznać, że ryzyko śmiertelnych powikłań po przeszczepowych radykalnie spadło.

Co było dziś? Butelka z glukozą. Prawdopodobnie mają być jeszcze na noc kroplówki z elektrolitami, ale późno już, a ja wciąż ich nie widzę, więc być może jednak ich nie będzie.
Dzień -9 trzeba uznać za SPA. Leżałam, gadałam, pisałam, nic złego mi się nie działo. Aha, dzień -9 to także dobowa zbiórka moczu, więc zamiast jak człowiek, to toalety, odstawiam akrobacje ze słoikiem.

No. To na początek chyba wystarczy :)

wtorek, 16 sierpnia 2016

O tym, jak kupiłam bilet...

Jakiś czas temu mojemu dziecku zginął kucyk. Pinkie Pie dokładnie. A że dziecko wie, że się irytuję, gdy zabawki giną, na moje pytanie "a gdzie jest Pinkie?" odrzekło: jak to? Nie wiesz? Wyjechała na wyprzedaż mebli ogrodowych, przecież ona uwielbia wyprzedaże! Tak mnie rozbawiła, że dałam spokój.
Dziś w trakcie zakupów znalazła taki zestaw.

Biegnie więc do czytnika, po chwili wraca i pyta:
- mamooo, czy mamy 59,99? Pilnie potrzebuję na bilet.
- Yyyyyy, na jaki bilet, pytam
- No dla Pinkie. Pamiętasz, jak wyjechała na tę wyprzedaż mebli ogrodowych?
- No pamiętam. I co?
- I ona tak długo do mojego domu nie wraca, bo nie ma za co. Weź sobie wyobraź, że nieroztropnie wydała wszystkie swoje pieniądze na tej wyprzedaży, kupiła helikopter, ocieplaną turbo-śmigło-czapkę, śmieszne torebki, garderobę na kółkach i inne takie i biedaczka tuła się teraz po tym mieście, w którym była wyprzedaż, a którego nazwy ja nawet nie znam, bo nie może wrócić do mojego domu. Pomożemy jej? Mamo, powiedz, że mamy pieniądze na ten bilet!
No, to mnie posprzątała po mistrzowsku.
Oczywiście znalazłyśmy pieniądze na bilet i tym sposobem biedaczka Pinkie wróciła do domu mojej Panny Wiedźmy. Normalnie zasada jest taka, że jak zgubi, zniszczy, to drugiego nie dostanie i ona o tym doskonale wie. Ale i od zawsze wpajam jej, że jeśli chce cokolwiek wskórać, to się musi wysilić. No i się wysiliła. Po mistrzowsku się wysiliła ;)

A poza anegdotką, nius dnia:
Dzwoniła do mnie ordynator oddziału przeszczepiania szpiku z zaproszeniem na oddział. Jadę jutro. Moja "ostatnia prosta" (miejmy nadzieję).

Boję się, cieszę, stresuję, nie mogę doczekać, chcę tam być i nie chcę... Obłęd!

sobota, 6 sierpnia 2016

O moim Panu Mężu i jego przedsiębiorczości...

Sytuacja miała miejsce już jakiś czas temu, ale ponieważ niezmiennie mnie śmieszy, ponieważ niezmiennie śmieszy tych, którym ją opowiadam, ponieważ wszyscy zgodnie twierdzą, że takie kwiatki powinnam zapisywać i ponieważ pewna mama pewnego chłopaka orzekła w pewnym szpitalu, że taka sytuacja jest dowodem niesamowitego optymizmu, siły i wiary w to, że będzie dobrze, zaś Zielone orzekło, że dodatkowo jest dowodem imponującego dystansu do siebie i całej tej sytuacji... Niech będzie - zapiszę ;)
Otóż...

Wpada któregoś dnia Pan Mąż mój uradowany wieczorem po pracy - co najmniej tak uradowany, jakby w totka wygrał - i wrzeszczy z bananem na gębie: kochanie! załatwiłem ci 20% rabatu na pudełko!
- yyyyy, na jakie pudełko? - pytam zdziwiona do granic możliwości, bo nic o żadnym zamiarze nabycia pudełka nie było mi wiadomo
No to Pan Mąż dumny z siebie cały: na trumnę w Arkadii, całe 20 % na trumnę ci załatwiłem. Ale żebyś ty wiedziała, jak ja to zrobiłem -tu ryknęliśmy ze śmiechu i ja, i on-
pytam rozbawiona: wzięli cię za czuba?
- nie wiem, za kogo mnie wzięli, ale to było tak:
Pojechałem tam z dużym zamówieniem jedzenia, a oni do mnie, że może jakiś rabacik mogliby dostać, skoro już sam manager im przywiózł. Mówię im zatem, że owszem, jak zaczną zamawiać regularnie, to zrobimy dobre ceny, żeby wszyscy byli zadowoleni. Oni mi na to, że zamawiają regularnie, tylko zwykle nie w piątki, że pan M wozi (bo Pan Mąż mój jeździ tylko w piątki), więc mówię im, że to zmienia postać rzeczy i spoko, zrobimy rabat na stałe. A dalej wypalam: "ale wiecie, moja żona ma raka, więc ja wam rabat na żarcie, a wy mi dajcie na pudełko jakiś dobry rabacik, tak wiecie, na wszelki wypadek, gdyby coś". No mówię ci, żałuj że ich min nie widziałaś.

Wyobraziłam sobie tę sytuację... I miny pracowników sobie wyobraziłam. I połączyłam to ze sposobem, w jaki Pan Mąż opowiadał całe zajście. I nie mogłam przestać się śmiać. Zresztą... do teraz nie mogę. Zgodnie z Panem Mężem, gdy tylko sobie przypomnimy - śmiejemy się jak szaleni.
No ale "gdyby coś", to rabat jest. Pan Mąż uświadomił mnie, że on wierzy w moje wyzdrowienie, ale strzeżonego Pan Bóg strzeże i musi się zabezpieczać. Tak "gdyby coś" :D

środa, 3 sierpnia 2016

Małymi kroczkami...

all rights reserved/lady_in_red
... zmierzam w kierunku względnego "przedprzeszczepowego spokoju". Ustaliłam już, że osiągnę go, gdy spakuję walizki. Aktualnie sprawa wygląda tak, że spakowana jest jedna - ta typowo przeszczepowa, ta, co do zawartości której dostałam ze szpitala wytyczne na papierze. Brakuje kilku detali, jak latarka, czajnik (wciąż z niego korzystam), nakrycie głowy, szczoteczki do zębów i dwie pary plastikowych lub gumowych klapków. Cała reszta grzecznie spoczęła w walizce.

Dziś natomiast postanowiłam "pójść za ciosem" i przynajmniej spróbować spakować tę drugą - z rzeczami potrzebnymi na resztę mojego pobytu (już nie w strefie ultrasterylnej). Z zadowoleniem stwierdziłam, że spodni, legginsów, dresów i innych zakrywaczy nóg mam wystarczająco dużo. Gorzej z górą. Udało się odłożyć 15 bluzek i gór od piżamy, ale to chyba jednak mało... Najgorsze jest to, że tak do końca nie wiadomo, na jak długo ja do tego szpitala idę, niemniej o ile spodnie można by spokojnie 2-3 dni nosić, o tyle bluzek już nie, więc... Muszę się chyba wybrać na jakieś dodatkowe zakupy.

Rozważam zaproszenie Pana Męża do Magicznego Krakowa w celu odebrania ode mnie tego, co zużyję w czasie sterylnym, coby uprał i oddał, ale... To jak by nie patrzeć nieco głupie, przejechać ponad 320 km żeby zabrać pranie i kolejne 320 by je oddać... Drugą kwestią jest to, że w czasie mojego pobytu przeszczepowego, Pan Mąż będzie "rządził w pracy" bez właściciela, który wybiera się na wakacje, więc może się, niestety, tak zdarzyć, że choćby i chciał zaszaleć i zrobić te kilometry dla mnie, nie będzie mógł, bo praca, bo ludzie, bo cokolwiek...
Dziś na przykład miał planowo iść do pracy na 12:00 jak zwykle, ale z samego rana okazało się, że jego pracownicę potrącił samochód, więc biegiem do tej pracy gonił po 8:00. Takie jego planowanie. Wolę więc być względnie niezależna.

No, to by było w kwestii organizacyjnej na tyle... Cieszę się, że jakoś zmobilizowałam się do tego pakowania, bo wzięłam sobie chyba nazbyt mocno do serca słowa: proszę odpoczywać i żyć normalnie na ile się da... Tak odpoczywałam i żyłam, że na pakowanie nie było czasu ani ochoty ;) Ale już najważniejsze jest, więc mogę przestać się spinać. Żebym tak jeszcze nabyła te bluzki/tuniki/koszulki...
Eh, niby oswoiłam fakt remisji, niby uwierzyłam, a jednak chyba nie do końca. Ten przeszczep, choć już dzieli mnie od niego maleńki krok, wciąż wydaje się taki nierzeczywisty, nierealny, nie dla mnie... Tak, zdecydowanie mam coś z głową po tym chorowaniu :D

all rights reserved/lady_in_red
A! Nabyłam nową chustkę. Tym razem jest to chusta Buff. Dziś była "jazda próbna" i muszę stwierdzić, że jest nie tylko śliczna, ale i bardzo, bardzo wygodna. Porównując do wszystkich, jakie do tej pory miałam, a miałam dwie zwykłe chusty tubularne, dwie chusty HiMountain, no i teraz boską chustę Buff - ta ostatnia nie ma sobie równych. HiMountain też rewelacyjnie się nosi, aczkolwiek na korzyść Buff przemawia fakt, że jest dłuższa, a więc stwarza o wiele więcej możliwości noszenia (jak choćby możliwość namarszczenia), no i pokrycie Buffa jonami srebra. Jestem więc przygotowana na czas po przeszczepie, kiedy to skóra będzie niedomagać, będzie się łuszczyć i będzie słaba, a odporność pozostawiać będzie wiele do życzenia. Nabyłam Buffa, żeby lepiej zadbała o skórę mojej głowy, aby zmniejszyć ryzyko zakażenia uszkodzonej skóry i aby głowa "nie parowała" od gorąca. Liczę, że się nie zawiodę.
all rights reserved/lady_in_red



wtorek, 2 sierpnia 2016

Nowa ściana...

 Padam na twarz, tym bardziej, że Pan Mąż nie miał z tym przedsięwzięciem nic wspólnego. Ale jestem dumna i z własnego samozaparcia i z efektu. Panna Wiedźma piszczała i "łał-owała". Pierwszy etap remontu w sypialni mogę więc uznać za zakończony. Kolejne - gdy wymyślę, jaka ma być "moja ściana".
W planach jest jeszcze przedpokój, ale... nie chcę się nastawiać, bo rozczarowanie, gdy się nie uda, jest bolesne. Póki co - delektuję się szczęściem mojej córki i mam nadzieję, że będzie jej się dobrze spało w "sypialni marzeń", zwłaszcza wtedy, gdy mnie nie będzie.


piątek, 29 lipca 2016

Wyniki chyba się mi poprawiły ;)

All rights reserved/lady_in_red
Wnoszę po tym, ile udało mi się zrobić i ile wytrzymać. Normalnie pomijając incydentalne utraty równowagi oraz zawroty głowy, jestem twarda jak słoń :D. Zauważyłam ponadto, że moja tolerancja na "różne dziwne rzeczy" rośnie wraz z wynikami. Mniemam więc, że porządnie już poszybowały w górę, bo choć Panna Wiedźma postanowiła dziś strajkować przy obiedzie i właśnie uskutecznia gorzkie żale - perfekcyjnie kontruję je konkretnym ignorem i ze stoickim spokojem powtarzam, że nic nie wskóra.

Udało mi się uskutecznić generalne porządki w sypialni i tylko kilka razy zakręciło mi się od nich w głowie, udało się wstawić pranie z ręcznikami, które zamierzam spakować do szpitala na przeszczep, a następnie wszystko elegancko porozwieszać na balkonie, udało się odkurzyć mieszkanie, ogarnąć bałagan, jaki "się zrobił sam", ugotować bigos z cukinii... Nawet zawodowo popracować mi się udało, a to wyczyn, wszak za punkt honoru obrałam sobie zrealizowanie zleceń "na zaś", coby pobyt w szpitalu z okazji przeszczepu odbił się na tej realizacji tylko minimalnie lub wcale.

Tak, jestem z siebie dumna. Nie sądziłam, że mi się uda, ale gdy już zaczęłam, to jakoś poszło (może z rozbiegu :D )

Wczorajsza wizyta u ginekologa zakończyła się względnym uspokojeniem mnie.


Doktor orzekł co prawda, że nie jest Jezusem, żeby wiedzieć "co to jest" oraz zapytał: "to oni chcą, żebym ja był mądrzejszy niż pet?", ale na chwilę obecną chyba mi jego "najprawdopodobniej" wystarczy ;) Odetchnęłam i mam nadzieję, że jego "najprawdopodobniej" jest zbieżne z rzeczywistością.

All rights reserved/lady_in_red
Poza wszystkim bardzo chciałabym być już spakowana. Mam takie poczucie, że gdy to zrobię, będę mogła spokojnie czekać, a póki co, nie mam nawet do końca skompletowanej listy. Brakuje detali, no ale brakuje. Rzeczy się piorą, suszą, czekają na pakowanie, ale tak naprawdę nie są wybrane, policzone, przepatrzone... To nie będzie łatwe pakowanie, więc... no trzeba to zrobić i mieć z głowy. Liczę, że w przeciągu najbliższego tygodnia mi się to uda. Tak bym chciała.
Innych planów chwilowo nie mam. Będę szalała w kuchni, pilnowała porządków, "dręczyła" Pannę Wiedźmę warzywami (tatuś jej na bank odpuści, gdy mnie nie będzie)... Może uda się uskutecznić jakiś wypad na grilla?
Zobaczymy.

poniedziałek, 25 lipca 2016

No i się doigrałam...

Od 14:00 (może z minutami) chodzę i płaczę. Ze szczęścia. Z szoku. Z nadmiaru emocji. Ze wszystkiego.
ZUPEŁNA REMISJA METABOLICZNA.

Usłyszałam od Doktor Kasi i nie mogę wyjść z szoku. Uczucia, które mi towarzyszą trudno opisać słowami, trudno nazwać, sklasyfikować, zaszufladkować... Je się po prostu czuje - wszystkie razem, takie intensywne, takie barwne, różne od siebie (bo to nie jest tylko bezgraniczne szczęście, niestety nie).
Jestem jak na jakimś haju... Przede mną (chyba) ostatnia prosta - przeszczep szpiku. Na tę chwilę mam wypłakać, co muszę, mam się cieszyć tym stanem, odpoczywać i zbierać siły na przeszczep. Mam też w trybie pilnym skontaktować się z ginekologiem, aby ocenił cystę na jajniku, która to cysta wyszła w badaniu PET. Wg Doktor Kasi jest ona zbyt mała na jakikolwiek zabieg, ale przed przeszczepem trzeba ją obejrzeć dokładnie, ocenić i nazwać. Wizyta umówiona na czwartek. Będzie spotkanie po latach z moim Ginekologiem-Aniołem...
Rozum podpowiada mi, że powinnam się bać i zamartwiać tą cystą... czy to aby nie jest "kolejne gówno", ale... no nie jestem w stanie. Hormony szczęścia, niedowierzanie i szok z okazji tej remisji mi nie pozwalają skupiać się na cyście (a gdzieś głęboko w środku mam nadzieję, że to tylko efekt zawirowań hormonalnych spowodowanych długim leczeniem onkologiczno-hematologicznym).

Za tydzień mam dzwonić do sekretariatu oddziału przeszczepiania szpiku, by uzyskać tam informacje dotyczące ogólnego terminu, w jakim miałby odbyć się mój przeszczep. Oczywiście dokładnie nikt mi nic nie powie, ale być może będą umieli określić jaka to część sierpnia będzie. Doktor Kasia mówiła, że kontaktowała się z lekarką, która pewnie będzie tam moją nową lekarką prowadzącą i według tej drugiej sierpień jest dla mnie jak najbardziej realny. Najprawdopodobniej nie będą to dwa najbliższe tygodnie, później się okaże. 
Tak więc mam co najmniej 2 tygodnie na odpoczywanie i przygotowania.

Jestem pełna nadziei, a jednocześnie mimo wszystko strasznie wylękniona. Tak bardzo chciałabym zamknąć wreszcie ten koszmarny rozdział. Wyleczyć się i zapomnieć o Hodgkinie. Znaczy nie... Nie zapomnę o nim, bo bardzo wiele zmienił w moim życiu i we mnie... zapomnieć o strachu przed nim, żyć pełną piersią, szczęśliwie, zdrowo i długo... bardzo długo...

sobota, 23 lipca 2016

Zmartwychwstałam i piekłam chleb bez zagniatania.

All rights reserved/lady_in_red
Po moim ostatnim poście udało mi się zmartwychwstać i we w miarę dobrej formie pojechać do Magicznego Krakowa na kolejny cykl BEACOPPu eskalowanego dla mnie przeznaczonego. Opowiedziałam grzecznie Doktor Kasi o całym złu tego świata, jakie spotkało mnie po pierwszym cyklu i ustaliłyśmy nowy plan działania, coby spróbować nie doprowadzić mnie do aż takiego stanu. Dziś wiem już, że ów nowy plan się powiódł, bo czuję się bez porównania lepiej niż ostatnio na tym etapie. Żeby jednak nie było różowo, po chemii, a przed "dolewką" hemoglobina poleciała na łeb na szyję i tym sposobem zostałam odesłana z oddziału dziennego chemioterapii na hematologię, gdzie dolewkę dostałam, a dzień później dwie porcje KKC. Wróciliśmy do domu we wtorek wieczorem.
Aktualnie Pan Mąż wstrzykuje mi co wieczór czynnik wzrostu (jestem już na etapie bólu kości), w poniedziałek mam zrobić kontrolną morfologię i zadzwonić do Doktor Kasi z wynikami, coby oceniła, czy 5 dni czynnika wystarczą, czy też dokładamy kolejnych 5.

W Krakowie spotkała mnie bardzo miła niespodzianka. Mój planowany na początek sierpnia PET został zaplanowany na czwartek - 21 lipca, w związku z czym jestem już po badaniu. W poniedziałek mam dzwonić więc nie tylko z wynikami morfo, ale i po oficjalne wyniki PETu. Takie nieoficjalne mam od wczoraj, ale... chyba chcę poczekać. Tak będzie lepiej.

All rights reserved/lady_in_red
Z okazji tego, że czuję się przyzwoicie, a także z okazji tego, że chciałam popisać się przed mamą, która niespodziewanie odwiedziła mnie wczoraj i dała się skusić, by zostać na noc, piekłam dziś chleb. Domowy, pyszny, długo świeży i zrobiony z pewnych składników, które znam. Bez polepszaczy, chemii i innego syfu. Historia tego chleba jest krótka. Zanim zostałam poczęstowana przepisem uważałam, że nie - chleba to ja piekła nie będę. Mogę zagnieść ciasto na pierogi, kruche na szarlotkę czy coś, ale z drożdżowym to ja się bawić nie będę. Nie na moje siły, nie na moje nerwy, nie na mój wieczny niedoczas. I okazało się, że byłam w błędzie. Mój chleb robi się kilka minut (później robi się sam) i jest to chleb bez zagniatania. Nie musi też leżakować całą noc, no jednym słowem idealny.
Wszystkim zainteresowanym zdradzam przepis:

Najpierw jednak krótki wstęp.
Do upieczenia tego chleba potrzebne jest naczynie żaroodporne z przykrywką, jakiś garnek, który nadaje się do piekarnika lub inne naczynie z przykryciem, które nie zniszczy się w piecu. Podaję proporcję podstawową, z którą każdy musi sobie poeksperymentować, dopasowując ją indywidualnie do wymiarów własnego naczynia. Chleb rewelacyjnie smakuje w wersji, którą podam, aczkolwiek jest równie pyszny z dodatkiem tartego sera żółtego, suszonych pomidorów, oliwek, smażonej cebulki czy chociażby boczku.

Składniki chleba bez zagniatania:

800 g mąki
40 g drożdży
750 ml wody mineralnej niegazowanej
1-2 łyżeczki cukru
1-2 łyżeczki soli, ewentualnie pieprz, czosnek, inne ulubione przyprawy

Wykonanie:
*Drożdże z cukrem rozpuszczam w 6 łyżkach letniej wody. Mąkę wsypuję do dużej miski, dodaję sól i inne przyprawy, wlewam drożdże, lekko mieszam drewnianą łyżką. Następnie wlewam wodę mineralną, i mieszam drewnianą łyżką. Bez spiny, po prostu mieszam, wszelkie grudki, nierówności wskazane i mile widziane. Masa ma być kleista i dość rzadka, mieszanie ma trwać nie dłużej niż minutę. Przykrywam miskę ściereczką i odstawiam na 2 godziny do wyrośnięcia.
*15 minut przed końcem czasu wyrastania wstawiam do zimnego piekarnika zimne naczynie żaroodporne bez pokrywki. Włączam piekarnik na maksymalną temperaturę (znaczy u mnie to jest 7, nie wiem, ile to stopni) i czekam do nagrzania
*Gdy piekarnik i naczynie są gorące, ciasto na chleb mieszam po raz kolejny, by opadło i wylewam (ostrożnie, by się nie poparzyć) do naczynia żaroodpornego.
*Piekę bez przykrycia 5 minut, następne 25 minut pod przykryciem i 20 minut znów bez przykrycia. *10 minut przed końcem czasu sprawdzam (o ile nie zapomnę), czy wierzch się nie przypala, jeśli tak - przykrywam go kawałkiem folii aluminiowej.
Po upieczeniu wyjmuję z piekarnika i czekam 10 minut. Dopiero wtedy wyjmuję z brytfanki i studzę na kratce.

Chleb bez zagniatania piekę z tej proporcji w naczyniu żaroodpornym o wymiarach: 28x18x10 plus wypukła przykrywka.

All rights reserved/lady_in_red