Polub mnie

piątek, 28 września 2018

Tak, tak... wiem, że to nie jest śmieszne.

All rights reserved/lady_in_red
I to nieprawda, że zapomniałam o tym miejscu, że wszystko przykryte kurzem i pies z kulawą nogą tu nie zagląda. Po 1) zaglądam tu ja. I to systematycznie, kilka razy w tygodniu. Po 2) statystyki twierdzą, że zagląda tu ciągle wielu i wiele z Was. Tak się jednak składało, że na pisanie czasu (i chyba trochę też ochoty) brakowało. Więc dzień za dniem uciekał, a ostatni post stawał się coraz starszym wspomnieniem.

Ale... Jest piątek, pogoda za oknem nie zachęca do spacerowania, nie zachęca też prawa noga, która pozazdrościła lewej i teraz ona nosi dumnie tabliczkę z diagnozą: zespół cieśni kanału stępu. Na szczęście tym razem byłam czujna (tj. nauczona doświadczeniem, zadziałałam błyskawicznie). Już przy pierwszym TAKIM bólu w TAKIM miejscu, uznałam, że na 99% będzie powtórka z rozrywki, więc nie czekając na to aż z nogą będzie już bardzo źle (a to stało się ostatnim razem w ciągu 20 godzin), wdrożyłam wszystkie punkty leczenia pierwszego rzutu. Na szczęście w mojej zamrażarce wciąż leżakuje kompres żelowy, który pożyczyła mi mama na okoliczność ostatniego incydentu. Dziś mogę stwierdzić, że progresji brak, a to już daje nadzieję i oznacza dobre wiadomości. Jest - mam nadzieję - szansa, że tym razem potrwa to krócej i nie unieruchomi mnie zupełnie, jak to miało miejsce ostatnio.
Ale wróćmy do wyjaśnień... piątek, pogoda, noga... wszystko to sprawia, że oto mam chwilę na to, by jednak coś napisać.

Panienka moja Wu w II klasie radzi sobie całkiem dobrze, choć trzeba mi przyznać, że doprowadza mnie dziewczyna do szału tym, że w głowie ma chmury (jak sama twierdzi). Niemal codziennie okazuje się, że nie zabrała ze szkoły książek, których potrzebuje do zrobienia zadania domowego, więc trzeba biegać z powrotem i przymilać się do pani recepcjonistki, coby klucz swój użyczyła i do klasy wejść pozwoliła. Nie wiem już, czy bardziej mnie to śmieszy, czy wkurza. Do kompletu dziś zgubiła (Panna Wu, nie pani recepcjonistka) bluzę, a gdy nie była w stanie jej odzyskać, orzekła beztrosko, że mam się nie martwić, bo panie ze świetlicy oddadzą bluzę w poniedziałek. Cóż rzec?

All rights reserved/lady_in_red
Nie pamiętam, czy wspominałam, że w pewnym momencie wakacji coś we mnie dojrzało (i było to bezsprzecznie efektem mojej choroby, leczenia, przeszczepienia i powrotu do zdrowia) i podjęłam decyzję o "powrocie do korzeni". Nie, nie, nie wróciłam do szkoły, ale uczę. Są to lekcje indywidualne z dziećmi z problemami, jak dysleksja, dysgrafia oraz inne zaburzenia czy dysfunkcje. I prawda jest taka, że brakowało mi tego bardzo. Pisanie jest fantastyczną pracą, która daje mi satysfakcję i morze wolności, ale jeśli ktoś całe życie chciał uczyć, to będzie mu tego brakowało. Cieszę się, że się przełamałam, dojrzałam do tej decyzji i odsunęłam na bok strach pt. "a co będzie, jeśli rak wróci i będę musiała zostawić te dzieci?"

Co poza tym? Moje życie toczy się spokojnie, choć... tygodnie uciekają jeden za drugim i trochę trudno mi się z tym pogodzić. Nie ukrywam, że onkodemony tańczą nade mną coraz bliżej i coraz nachalniej. Niby panuję nad sytuacją, niby nie zagłębiam się w ciemne scenariusze, a jednak coraz częściej maltretuję swój nadobojczykowy węzełek, który został, bo został, ale nie oznaczał niczego złego. Miętolę go regularnie, oceniając czy aby mu się nie zdarzyło przytyć, urosnąć, cokolwiek...
A prawda jest taka, że z każdym dniem, tygodniem, będzie ciężej nad tym zapanować. Kontrola w listopadzie. Nie jestem pewna, którego, bo jeśli nie muszę, to nie grzebię w onko-dokumentach.

Niezmiennie proszę wszystkich tych z Was, którzy dobrze mi życzą (nawet jeśli robią to anonimowo, po cichu), trzymajcie za mnie kciuki. Za wyniki. Za to, żeby onkologia i hematologia już na zawsze zostały dla mnie jedynie wspomnieniem oraz miejscem, gdzie bywam wyłącznie w celach kontrolnych.

wtorek, 7 sierpnia 2018

Tyyyle się działo...

All rights reserved/lady_in_red
... że znowu będzie symbolicznie, bo nie sposób o wszystkim.
Pamiętacie zapewne, że ostatnio pijana ze szczęścia wróciłam z dalekich wojaży... i jak to po pijaństwie bywa, odchorowałam sprawę solidnym kacem.
Gdy endorfiny się uspokoiły, dotarło do mnie, że od teraz będę tęsknić jeszcze bardziej. Chcieć jeszcze mocniej. Jeszcze więcej. I z jeszcze większą siłą będzie katowała mnie świadomość, że takie weekendy, jak tamten, to wyjątki. Że na kolejny taki przyjdzie mi czekać rok (co najmniej). I będzie mi jeszcze bardziej żal. Że jest, jak jest. I że to tak daleko.... Nie pomagał też fakt, że możliwości gadania od rana do nocy miałyśmy niewiele po tamtym weekendzie. A teraz Zielone Spojrzenie odpoczywa nad Bałtykiem, więc jest już zupełnie poza moim zasięgiem.
Eh... Wpatruję się w relacje z urlopu. Delektuję się zdjęciami, wsłuchuję w szum morza na filmiku... I to mi musi wystarczyć póki co.
Oczywiście, urlop nie będzie trwał wiecznie, w końcu wróci i będzie i będziemy razem, jak dotychczas. Tylko... To jest dokładnie taka sama sytuacja, jak ta, opisana przez Krasickiego:
Czegóż płaczesz? – staremu mówi czyżyk młody –
masz teraz lepsze w klatce niż w polu wygody”.
„Tyś w niej zrodzon – rzekł stary – przeto ci wybaczę;
Jam był wolny, dziś w klatce i dlatego płaczę.”
Nie będę ukrywała... Po takim weekendzie, po tym... powrót do "jak dotychczas" jest wyjątkowo trudny. Ale przywyknę. W końcu człowiek jest w stanie przywyknąć do wszystkiego, prawda?

Wkrótce po moim powrocie, dane mi było także doświadczyć funkcjonowania bez prawej ręki (tak! jestem praworęczna). Łokieć tenisisty (o ironio!). Kto miał wątpliwą przyjemność doświadczenia, ten zrozumie. Cóż rzec... Dwie doby płakałam niemal 24 h/dobę. Nie tylko z bólu, ale i z bezsilności, bezradności i braku samodzielności. Leki nie działały. I chociaż... a może właśnie dlatego? No w każdym razie, choć znam tę bezradność, kiedy ciało robi co chce, a dusza za słaba jest, by nad tym ciałem zapanować... kiedy ból jest tak silny, że można już tylko leżeć i płakać... to te dwie doby zmęczyły mnie nie tylko fizycznie, ale i psychicznie. Doznałam przerażających uczuć, które mieszały się ze sobą i tańczyły mi przed oczami, chichocząc złośliwie.
Na szczęście w trzeciej dobie mieszaniny leków zaczęły pomagać, mrożenie łokcia - również. Do tego temblak i... jakoś się wylizałam po 9 dobach. Dziś funkcjonuję już bez leków, łokieć prostuje się zupełnie, ale czuć, że jest słaby i mocno oberwał. Czuć to zwłaszcza, gdy przesilę czy dźwignę coś cięższego. Niemniej... cieszę się, że "leczenie pierwszego rzutu" przyniosło efekt (i to relatywnie szybki).

All rights reserved/lady_in_red
3 sierpnia mój tatuś świętował 60 urodziny. Z tej okazji także i on - został "wkręcony" przez nas (czyli swoje dzieci oraz zięciów) w imprezę niespodziankę. Napisałam "także", bo odnoszę wrażenie, że wspominałam wcześniej o tym, że z okazji przejścia na emeryturę oraz urodzin (co właściwie ściśle się ze sobą wiąże) - taką samą (w zarysie) imprezę wyszykowaliśmy dla mamci. Tym razem pogoda dopisała aż nadto. Było gorąco, więc dzieciaki mogły szaleć do woli. Był tort. Były prezenty. Były życzenia, wielkie ognisko i grill. Gdyby tak przymknąć oko na latające dookoła osy - byłoby idealnie. Nawiasem mówiąc, trzeba będzie pewnie ogarnąć jakąś nową miejscówkę do grillowania z dużym wybiegiem dla nieletnich, bo na tej aktualnej, roi się od os, których wcześniej tam nie widywaliśmy.

Szykujemy się powoli na powrót do szkoły. Tak stopniowo, coby nie zaburzyć trwających wakacji. Coby nie zmienić sierpnia w "prawiewrzesień". Odnoszę przy okazji wrażenie, że mnogość kolorowego wszystkiego do szkoły, cieszy bardziej nas - dorosłych, niż te dzieciaki, które mają z tego wszystkiego korzystać od września. I w zasadzie trochę trudno się dziwić. Wszak żyją one w czasach, kiedy wszystkiego kolorowego i w milionie wariantów jest na co dzień pełno wszędzie. Nie znają tego, czym zadowalać musieliśmy się my - kiedyś.
Szykujemy się też powoli do wyjazdu Pana Męża do sanatorium... Choć w sumie, to przede wszystkim ja się szykuję, bo on... jak to on... ma na wszystko czas i zajęty jest całą toną innych rzeczy.

Mamy też plan wyjazdowy. Krótki, bo krótki, ale lepszy taki, niż żaden. Chciałabym bardzo, żeby doszedł do skutku, więc... trzymajcie kciuki! ;)


poniedziałek, 16 lipca 2018

Pijana ze szczęścia.

Wróciłam. Od stóp do głów wypełniona endorfinami. Ze szczęściem, pływającym w żyłach. Wciąż jeszcze nie dowierzając, że to mi się nie przyśniło. Że było.

Jestem tak absolutnie zachwycona tym, że się udało, że miałyśmy okazję, by patrzeć sobie w oczy, śmiać się i zarywać noce. Rozmawiać. I być. Tak absolutnie zachwycona, że każde słowo wydaje mi się zbyt banalne, zbyt blade, zbyt nie takie, aby oddać to wszystko.

Ani jednego zdjęcia w telefonie, czy na karcie aparatu, za to miliard w głowie. Zdjęć i filmów. Niezniszczalnych. Takich, którym nie stanie się nic od "padniętego dysku", czy karty SD, która zginęła. Chłonęłam całą sobą te chwile. Słowa. Ruchy ust. Gesty. Wyrazy twarzy. Zapach. Śmiech. Żarty. Wygłupy. Zwierzenia. Tłumaczenia. Pytania. Ten czas - taki tylko dla nas. Czas w zasadzie bez spoglądania na zegarek. Bez wszystkiego tego, co rozprasza. Co stresuje. Co odciąga w innym kierunku. Tylko ja i Ty, Zielone Spojrzenie. Nasz czas.

Ten weekend był bajką, która stała się rzeczywistością. Marzeniem, które przestało nim być.  Prezentem najpiękniejszy, jaki można dostać.

Ale było też coś jeszcze. To uczucie, które momentami ściskało gardło i nie pozwalało złapać tchu. Wszechogarniające szczęście, mieszające się z poczuciem, że oto doświadczam tego, o czym myślałam, że już nie doświadczę. Takie znajomo podobne do tego, jakiego doznałam rok temu w czasie wakacji nad Soliną. Gdy z jednej strony moczyłam stopy w "tej wodzie", jadłam w "tej knajpie", patrzyłam na "te góry" i chodziłam "tymi dróżkami", a z drugiej nie mogłam uwierzyć, bo jeszcze niedawno, leżąc na łóżku oddziału hematologii lub oddziału przeszczepiania szpiku, wydawało mi się, że już nic mnie więcej nie spotka. Już niczego nie będzie. Niczego nie doświadczę. Niczego nie spróbuję. Nigdzie nie wrócę. Nie będę.
Gdyby ktoś z Was miał ochotę, nie pamiętał, nie czytał, nie wiedział - TUTAJ klika i już wie :)

Czuję się zaczarowana. Zakochana jeszcze bardziej. Zachwycona. Urzeczona. I wdzięczna. I nie mam już żadnych wątpliwości. Niczego z tego, co towarzyszyło mi cztery lata temu, gdy miałam okazję po raz pierwszy. W tym miejscu zrobiłam przerwę, żeby podlinkować ten post z tamtego czasu, ale po zapoznaniu się z nim, okazało się, że napisałam go "na około". Zostawiając sobie te arcydurne tajemnice. Więc... więc nie porównam. Niemniej - powtórzę - dziś nie mam wątpliwości. Nie rozprawiam nad pobudkami. Bo dziś... dziś wiem. I nie tylko dzięki temu weekendowi. Po prostu te cztery lata dały mi tę pewność. Utwierdziły w przekonaniu. I choć tłusty druk zawsze mile jest widziany, ewentualnie jakiś transparent z dużymi drukowanymi literami - to tak naprawdę, nie są mi potrzebne, by wiedzieć.

To jest miłość. I kropka.

sobota, 7 lipca 2018

Wsiąść do pociągu byle jakiego...

Tak właściwie to nie do pociągu, tylko do autobusu. I tak właściwie, to nie do byle jakiego, tylko do bardzo konkretnego. Chodzę pijana z radości i czuję się, jakbym miała eksplodować konfetti :D gdzieś z samego środka mego uradowanego serca.
No zwariowałam ze szczęścia.

Część z Was pewnie kojarzy, że już kiedyś miało się stać  → Tutaj, dla przypomnienia. I że później okazało się, że jednak całowania nie będzie...  Minął rok z drobnym hakiem i temat powrócił. A właściwie nawet nie tyle powrócił - bo on w ciągu tego roku wracał kilkakrotnie - po prostu się stało. Dwa dni temu. Ot tak, w czasie jednej z tych całkiem zwyczajnych, nie zapowiadających niczego rozmów, Zielone Spojrzenie rzuciło
a powiedz, co Ty robisz 14-15 lipca?
może byś wpadła, mam weekend bez dzieci
I gdy okazało się, że "nie mam chyba żadnych planów", z głupa wstałam i zapytałam Pana Męża, czy widzi w tym jakiś problem (generalnie chodziło o zapewnienie opieki Panience Wu). Pan Mąż podumał chwilę i odrzekł, że da sobie radę, a Panienkę weźmie ze sobą do pracy, co z pewnością bardzo ją ucieszy.
No i tak się właśnie stało. Tak zwyczajnie. Po prostu.
Bilety już są. Wszystko ustalone. No nie mogę się doczekać.
Oczywiście towarzyszą mi wszystkie te emocje i lęki, które za każdym razem, gdy miałyśmy się spotkać lub gdy się spotykałyśmy... Ale nic to. Delektuję się tym oczekiwaniem na piątek. I tak mi jest dobrze...

sobota, 26 maja 2018

Dni płyną...

All rights reserved/lady_in_red
... tak, wiem że mało odkrywcze to. Mam świadomość, że brzmi jak banał, ale... od czegoś trzeba zacząć, prawda ;) Zawsze tak miałam, wystarczyło tylko zacząć, a potem już jakoś szło. Liczę, że tym razem będzie podobnie.

Chciałabym powiedzieć, że nic się specjalnego nie dzieje. Że moje milczenie spowodowane jest tym, że zwyczajnie nie mam o czym pisać, bo dni upływają mi na "robieniu zwyczajnych rzeczy". Ale, ale... czyż to nie właśnie ze zwykłych rzeczy składa się życie?
Ostatni czas mija pod znakiem przygotowań do szkolnego Dnia Rodziny (czyli - jak pewnie nietrudno się domyślić, zmiksowanego Dnia Matki, Dziecka i Ojca). Impreza z tej okazji odbędzie się już w poniedziałek (28 maja). Zachodu z tym wszystkim było trochę, bo i upominki dla dzieciaków trzeba było kupić (a najpierw wybrać coś, z czego się ucieszą, co sprawi radość i zajmie choć na chwilę, a przy tym zmieści się w ubogim klasowym budżecie), ogarnąć kwestię podziału obowiązków pomiędzy naszą "klasową trójkę", i na gwałt załatwiać słodycze na nagrody w konkursach (które odbędą się w czasie imprezy), napoje dla dzieci (które nie były planowane w budżecie, bo Dnia Matki i Ojca miało w ogóle nie być w kalendarzu szkolnych imprez, a Dzień Dziecka miał ograniczyć się do upominków lub jakiegoś atrakcyjnego dla dzieciaków wyjścia) oraz dodatkowych zasobów wody na okoliczność "masowej" imprezy w wysokiej temperaturze.

All rights reserved/lady_in_red
Na szczęście udało się pozałatwiać właściwie wszystko i dostarczyć do szkoły tak, żeby w poniedziałek niczego już nie musieć targać. Dodatkowo Panna Wu zakwalifikowana została do grupy reprezentacyjnej baletowej, co wiąże się z tym, że mimo iż jej klasa nie "obsługuje" artystycznie Dnia Rodziny (bo "obsługiwali" Boże Narodzenie), to i tak muszę ją wyszykować, wyczesać, przygotować i dostarczyć na czas ;) Wolałabym nie, bo byłoby mniej stresu o poranku (muszę być zwarta i gotowa w szkole na 7, z wyczesanym dzieckiem, gotowym do przebrania i makijażowania ;)
No ale... Przecież nie będę ograniczała jej pasji, prawda? Tym bardziej dla własnej wygody nie będę, prawda? Więc nie pozostaje mi nic innego, jak nastawić budzik na jakąś morderczą godzinę poranną i jakoś to wszystko ogarnąć. Innej opcji nie widzę.

All rights reserved/lady_in_red
A potem... Potem zostanie nam do ogarnięcia zakończenie roku. I to będzie koniec. Aż trudno uwierzyć. Cały czas nie może do mnie dotrzeć, że za 3 tygodnie moja dziewczynka odbierze swoje pierwsze świadectwo. A przecież... dopiero co sprawdzałam listy przyjętych do szkoły i cieszyłam się, że się dostała. Dopiero co kompletowaliśmy wyprawkę. Dopiero co zaprowadziłam ją, nieco oszołomioną ilością "dużych uczniów" do jej nowej szkoły. I dopiero co - odrobiłam z nią jej pierwsze zadanie domowe. A tu już koniec roku. Szok i niedowierzanie.

Poradziła sobie, ale to akurat nie jest dla mnie żadnym zaskoczeniem. Dobrze wiem, że jest inteligentna, bystra, zdolna, cierpliwa w dążeniu do celu i maksymalnie zdeterminowana, by go osiągnąć. To wszystko sprawia, że jest jedną z najlepszych. To piękne świadectwo będzie. Jestem z niej dumna. I z tego, jak dobrze radziła i radzi sobie z napotykanymi trudnościami, jak wytrwałością i wiarą we własne możliwości - sięga po najwyższe nagrody.

Dziś Dzień Matki. Jeden z tych dni w roku, kiedy z całą mocą, podniesioną do n-tej potęgi czuję nie tylko dumę, ale i wdzięczność za to, że ją mam. Że jest moją córką. Dzień, kiedy z całą mocą przepełnia mnie świadomość, że bycie jej mamą jest dla mnie zaszczytem i najwyższym wyróżnieniem. I to mnie wzrusza. Rozmiękcza. Sprawia, że jestem szczęśliwa.

niedziela, 6 maja 2018

Jestem!

All rights reserved/lady_in_red
Jestem, żyję i mam wyrzuty sumienia, że nie udaje mi się znaleźć czasu na to, by napisać tu choć kilka słów... No ale jest, jak jest. A dodatkowo - ostatni czas, obfitujący w cudowną pogodę, bajeczne słońce i wysoką temperaturę - nie sprzyja pisaniu. Rozumiecie mnie, prawda?

Tak na szybko - spróbuję streścić co i jak... Kontrola w Krakowie. Uh, co to był za dzień... Zaczęło się od tego, że nasze auto nie odpaliło. No zgon i kropka. Cała zapłakana zadzwoniłam do ojca rodziciela mego, czym doprowadziłam go na skraj zawału, bo myślał (biedak), wybudzony ze snu o 4 z minutami, że mieliśmy wypadek. Ogarnął się i przyjechał zabrać nas do tego Krakowa (chwilę to trwało, bo jednak z łóżka go wyciągnęłam, a do pokonania miał 35 km). Jechaliśmy sobie radośnie do czasu aż nam na autostradzie auto rodziciela nie strzeliło. Mieliśmy tyle szczęścia, że stało się to blisko zjazdu na MOP. Siłą rozpędu udało nam się zjechać. Utknęliśmy, mając około 75 km do Krakowa. Ojca zabrała laweta (wraz z jego rozwalonym autem), a Pan Mąż mój zadzwonił do swojego szefa i prosił o pomoc. Dojechał do nas i zawiózł pod sam szpital. Modliłam się, żeby nie przepadła mi kolejka, ale... Okazało się, że Doktor eM spóźniona, bo "korki". Nawet nie wiecie, jaką poczułam ulgę.
W związku z późnym przybyciem mym - byłam ostatnia do przyjęcia. Ale lepiej być ostatnim, niż być nieprzyjętym, zgadza się?

Wynik TK... Zasadniczo jest dobry i na tym się skupiam... Choć minę musiałam mieć słabą, gdy czekałam z nim w ręku na swoją kolej do Doktor eM. Czekając, spotkałam moją Doktor Kasię, która zagadnęła do mnie i zapytała, co ja taka markotna. Przejrzała wyniki (zarówno z TK, jak i z USG) i orzekła, że nic tam nie ma. Zapytałam więc o guz w płucu, czyli sprawcę mojego wyglądu... I dowiedziałam się, że to może być tysiąc różnych rzeczy, choćby infekcja. No i że w tej chwili jest za mały, żeby go ktokolwiek ruszał, badał itd., ale nie wygląda na klasyczną wznowę.
Doktor eM też z uśmiechem orzekła, że wszystko ładnie, jestem zdrowa i tak dalej. Nie byłabym sobą, gdybym i jej nie zadała pytania o ów guz. Usłyszałam, że jest do obserwacji, że może być po chemii i na tę chwilę nic się więcej o nim nie da powiedzieć. Tak więc... musiałam wrócić do domu, przekonując siebie, że to nie jest nic groźnego. Że to nie jest żaden nowy (czy stary) rak. To trzymilimetrowe nic, które nie zrobi mi krzywdy, nie zamknie w szpitalu, nie każe walczyć znów o życie i... którego nie będzie w następnym badaniu.



Kolejna wizyta w listopadzie. Wyobrażacie sobie? Tyyyyyyyle czasu wolności. I ten termin również skłania mnie ku teorii, że ów guz na tę (czy tamtą, bo jednak wizyta w Krakowie odbyła się 27 marca, a więc już "chwilę" temu) chwilę nie wyglądał jakoś bardzo groźnie. Bo gdyby - to do kontroli byłby może po 3 miesiącach, a nie po 8, prawda?

A co poza onko-wieściami?
W tzw. międzyczasie zaliczyliśmy badania Panienki Wu i jej węzłów, które są wyczuwalne od roku lub dłużej. Do USG były dwa podejścia, bo pierwsza pani doktor, gdy w trakcie wywiadu dowiedziała się o moim chłoniaku, wpadła w histerię i tak się zamotała, że trudno mi było ocenić, czy jej niepewność co do obrazu węzłów jest wynikiem owej histerii, czy też coś tam się dzieje. Drugie badanie zrobiliśmy już na NFZ. Doktor orzekł, że węzły są odczynowe, a Panience Wu powiedział, że będzie żyła długo i szczęśliwie. Stresu, jaki mi towarzyszył w tamtym czasie - nie życzę nikomu. O tym, jak wielką poczułam ulgę, gdy bez wahania postawił diagnozę - nie muszę chyba mówić.

Poza tym - spędziłyśmy z Panną Wu wariacko-cudowny tydzień u mojej siostry, gdzie spacerowałyśmy, piknikowałyśmy, grillowałyśmy, gadałyśmy do nocy i robiłyśmy mnóstwo innych przyjemnych rzeczy. Żal było wracać, ale... pocieszam się tym, że koniec roku szkolnego już za 7 tygodni :D

Póki co zaś - szykujemy Pannę Wu na jutrzejszą wycieczkę klasową.

No. To na szybko chyba tyle. Mam nadzieję, że uda mi się szybciej zmobilizować i odezwę się wkrótce. Trzymajcie się ciepło! I trzymajcie za mnie kciuki. Żeby żadne dramaty, wznowy czy inne okropieństwa już mi się nigdy nie przydarzyły.