Polub mnie

piątek, 17 listopada 2017

Się porobiło...

 Od czasu ostatniej mojej wizyty w Magicznym Krakowie oraz zmieniających wszystko słów Doktor eM: "Zdrowa dziewczynka", żyję na jakimś haju. I z każdą chwilą bardziej dziwię się, że nie mija, nie blednie, nie powszednieje. Mam wrażenie, że nie chodzę, tylko unoszę się nad ziemią. Taka lekka. Taka spokojna. Taka absolutnie szczęśliwa. Wszystko się zmieniło. Oczywiście już sam rak wszystko zmienił, jak choćby moją percepcję problemów, priorytety itd., ale teraz... teraz to jest jakieś szaleństwo... Żyję i jestem zdrowa, choć miałam nie żyć - przy takiej świadomości, wszystko inne blednie. Problemy stają się błahe i do rozwiązania, duperele przestają istnieć w ogóle... Jeszcze bardziej doceniam ludzi, jeszcze mocniej kocham przyjaciół, z jeszcze większą siłą celebruję każdą chwilę... I przestałam sobie wyrzucać, że marnuję czas. Bo przecież skoro jakaś czynność pozwala mi się uśmiechać, daje satysfakcję, sprawia przyjemność, relaksuje czy w jeszcze inny sposób pozytywnie na mnie wpływa, to czas poświęcony na nią, nie może być czasem zmarnowanym, prawda?

No! Więc taka odrealniona sobie chodzę i straszę ludzi bananem na gębie ;)

Niektórzy pewnie myślą, że potrzebny mi psychiatra, bo to jakby nie jest normalne, że człowiek naćpał się szczęściem i nie trzeźwieje przez tak długi czas... ja jednak mam to szczerze w nosie.

Z nowości... Pan Mąż zrobił sobie "kuku" w nogę i najpewniej czeka go operacja. Diagnostyka tej nogi trwa  już dobry miesiąc (zaliczył też kontrolę zwolnienia z ZUSu), po RTG, USG, MRI i unieruchomieniu nogi w ortezie, chirurg skierował go do ortopedy, który orzekł, że jeszcze TK i będzie pełny obraz, na podstawie którego zdecyduje o zakresie operacji, aczkolwiek jest ona pewna (niepewny jest tylko jej zakres). Pan Mąż, jako Zasłużony Honorowy Dawca Krwi, skorzystał z przysługujących mu uprawnień i "załatwił" sobie terminy w/w badań właściwie od ręki. Na MRI czekał 4 dni, na TK - dobę. Tak zupełnie na marginesie, cieszę się, że wszyscy ci, którzy oddają cząstkę siebie, by tacy jak ja mogli żyć (dostali szansę) - są choć w takim stopniu nagradzani za swoją szlachetność i gdy zachodzi taka potrzeba, nie czekają w wielomiesięcznych kolejkach, tylko znajduje się dla nich termin "od razu" (nim Pan Mąż powołał się na przywileje Zasłużonych Honorowych Dawców Krwi, usłyszał, że najbliższy termin na MRI to maj). W najbliższy wtorek wizyta kontrolna u ortopedy, z wynikiem TK. Trzeba będzie też podjechać do szpitala z tym skierowaniem, które dostał i wyznaczyć mu termin przyjęcia.
I cieszę się, i się nie cieszę...
Z jednej strony chorujący i uziemiony Pan Mąż jest wystawieniem mojej cierpliwości na sowitą próbę - i nie, on nie twierdzi, że umiera, wręcz przeciwnie. On twierdzi, że jemu nic nie jest, że umrze, jak spędzi w tym łóżku jeszcze choćby godzinę, że musi na spacer, że cośtam (a przy okazji: zrobisz mi kawy? Zrobisz kanapki? etc.) Z drugiej jednak strony - ten zabieg jest szansą na powrót do jakiejś normalności (odpoczynek i unieruchomienie nie przynoszą rezultatów, więc obawiam się, że gdyby lekarz chciał pociągnąć leczenie zachowawcze (a chirurg brał taką ewentualność pod uwagę), marnowalibyśmy tylko czas, przedłużając bezsensownie zwolnienie (na którym Pan Mąż być nie chce), a na koniec okazałoby się, że i tak potrzebna operacja. Mam więc nadzieję, że uda się w miarę szybko temat załatwić, potem go wyrehabilitować i niech wraca do tej swojej pracy - co będzie z pożytkiem i dla naszego budżetu domowego, i dla mojego zdrowia psychicznego.

Poza Panem Mężem Chorującym zaś... coraz intensywniej odczuwam zbliżające się Święta. I tak, jak dostaję mdłości, gdy ledwo skończą się znicze, a zaczynają choinki i światełka, tak zupełnie niezależnie czekam na ten wyjątkowy, magiczny dla mnie czas.
Panienka Wu napisała już list do Mikołaja, dorzuciła piękny rysunek, więc Mikołaj jakby nie ma wyjścia, musi intensywnie pracować nad prezentami...
W tym roku będzie deskorolka ze świecącymi kółkami, a do tego "Zniszcz ten dziennik WSZĘDZIE", kredki do malowania twarzy i brokat do ozdabiania, kilka arkuszy dziewczyńskich tatuaży, mnóstwo kredek i innych akcesoriów plastycznych (w tym kredki grafionowe - o których dotychczas nie słyszałam - mają nie brudzić łapek, dobrze się temperować i ładnie malować duże powierzchnie).

W kwestii samych Świąt, nie mam jeszcze jakiejś przejrzystej, jasnej wizji, ale na pewno zrobię, co w mojej mocy, żeby te Święta także były pełne niespodzianek, magii, wyjątkowości, takiego czasu, kiedy nikt się nie spieszy, nikogo nie gonią terminy, nikt nie jest smutny, nie martwi się niczym, nie boi... Całe moje nowe życie jest jednym wielkim świętem, co nie zmienia faktu, że z wielką przyjemnością, a zarazem ogromną wdzięcznością celebruję takie chwile wyjątkowe, jak Boże Narodzenie właśnie, jak urodziny - moje, Pana Męże, Panienki Wu, jak wakacje, ferie, Wielkanoc... takie chwile, których mogłam nie mieć... chwile, w których Panienka Wu mogła nie mieć mnie...
Tak, proszę Państwa! Oto moje nowe życie stało się jedną wielką okazją do świętowania. I to jest piękne!

Do następnego razu!

sobota, 4 listopada 2017

12 października

All rights reserved/lady_in_red
 Sporo po czasie, ale taki tym razem był zamysł. 12 października moja nieMała Panienka Wu została pasowana na ucznia SP nr 30! Ależ to  było przeżycie. Dla mnie też, nie powiem, że nie ;)

Z racji iż jestem przewodniczącą Rady Oddziału, Pasowanie na Ucznia wiązało się dla mnie także z pewnymi działaniami organizacyjnymi. Było (nie)małe zamieszanie związane z rozbieżnością zdań pomiędzy dyrekcją (która orzekła, że jeśli chcemy, aby nasze dzieci z okazji Pasowania otrzymały pamiątkowe upominki, mamy je we własnym zakresie sfinansować i zakupić oraz W KLASIE rozdać) a wychowawcami, którzy w ostatniej chwili (czyli już wtedy, kiedy nasza klasa miała zamówione i opłacone pamiątkowe Albumy Pierwszoklasisty) poinformowali nas, że oto podjęli decyzję iż wszystkie klasy dostaną to samo, w związku z czym mamy przekazać po 15 zł od dziecka na "zakupy" jednakowe. Ze zgromadzonych środków zakupione zostały przypinki "Jestem Uczniem", birety, dyplomy oraz niewielkie tytki, które przed Pasowaniem napełniałyśmy zakupionymi dodatkowo słodyczami. W mojej ocenie - trochę szkoda, że nie było książek (zwłaszcza, że te, które wybrałyśmy, są książkami interaktywnymi, w których dzieci mogłyby zebrać wspomnienia z tego pierwszego, przełomowego dla nich roku). No ale to już jakby nie moja decyzja. Całe szczęście, słodycze skutecznie podniosły (w oczach dzieci) walory upominków ;) W klasie do tytek ze słodyczami, dostały jeszcze po dużej butelce Frugo (ufundowane przez Pana Męża mego), więc było w ogóle wielkie WoW :D  Cieszę się, że te nasze pierwszaki jeszcze takie mało wymagające i roszczeniowe. Nieco gorzej było z rodzicami, ale tę kwestię (dla własnego zdrowia psychicznego) pominę milczeniem i mam nadzieję jak najszybciej o niej zapomnieć.

Zdjęcia z tego szczególnego dnia mam lipne. Jak zwykle (w przedszkolu też, niemal zawsze!) trzeba je było robić "pod światło". A słońce tamtego dnia świeciło mocno i ochoczo. Liczę więc na szkolnego fotografa. Były zdjęcia grupowe i w klasach, z rodzicami... a być może także kilka z samej uroczystości pasowania. Dodatkowo jest też kwestia wykorzystania wizerunku... Zdjęcia, które mają fajną jakość i dobry wygląd, trudno byłoby tak wykadrować, żeby usunąć inne dzieci (a nie mam zgody rodziców na publikację wizerunku ich pociech). Tak więc symbolicznie tylko.

Tak, proszę Państwa! nieMała Panna Wu jest już od blisko miesiąca pełnoprawnym uczniem. Mój pierwszaczek. A przecież dopiero co się urodziła, prawda? :D
A we wtorek, 7 listopada, pierwsza wywiadówka. No nie mogę się doczekać, wiecie? ;)


niedziela, 29 października 2017

Nie lubię zaległości, czyli wieści po-krakowskie

Nie lubię zaległości, bo później bardzo trudno mi się zebrać w sobie, żeby je nadrobić. Żeby choć
All rights reserved/lady_in_red
symbolicznie uzupełnić, zapisać...

Domyślam się, że jesteście ciekawi wieści z Magicznego Krakowa. Jestem już po obydwu wizytach - pierwszej, kiedy to wykonywano HRCT i drugiej, która miała miejsce 19 października - z wynikiem u Doktor eM.

 Muszę przyznać, że za mną bardzo stresujący czas. Otóż jeszcze przed datą wykonania HRCT - zupełnie przypadkiem - odkryłam, że w pierwszym badaniu po przeszczepie (w badaniu PET CT) masa resztkowa miała 20 x 12 mm, w następnym zaś (CT po około 6-7 miesiącach od przeszczepu) 28 x 13 mm. Nietrudno się zatem domyślić, że gdy tylko to zobaczyłam, o mało nie umarłam. Skok z 20 do 28 mm oznaczałby, że masa resztkowa rośnie, czyli że wcale nie jest dobrze. Walczyłam ze sobą, bo z jednej strony miałam świadomość, że Doktor eM po CT orzekła, że wynik jest dobry, ale z drugiej... z drugiej demony szeptały, że przecież ona mnie wtedy dopiero co dostała "w spadku" po Doktor Kasi, więc może jakoś przez przypadek nie porównała tych wyników... Starałam się nie oszaleć, starałam się za wszelką cenę jakoś sobie to wytłumaczyć. Starałam się dotrwać do HRCT, bo miałam świadomość, że będzie to jakby wynik decydujący. Dotrwałam, badanie zrobiłam (tu napomknę tylko, że przyjechałam jakieś 2 godziny przed wyznaczonym czasem, ale dzięki uprzejmości pracującej w pracowni Siostry Zakonnej o niebiańskim uśmiechu, zostałam wezwana niemal natychmiast po przybyciu i tak naprawdę po 10-15 minutach od chwili przekroczenia progu Zakładu Diagnostyki Obrazowej, wróciłam do Pana Męża i ogłosiłam, że oto możemy wracać do domu, bo jest już po wszystkim). Pozostało mi czekanie na konsultację. 19.10. z duszą na ramieniu jechałam bladym świtem, nie wiedząc, co tak naprawdę się stanie, co usłyszę i w ogóle - co dalej ze mną będzie.

Zaraz po przyjeździe udałam się do rejestracji w Zakładzie Diagnostyki Obrazowej, odebrałam opis (trzęsącymi się rękami) i próbowałam zmusić oczy, by czytały.
Dotarłam do tego momentu
i odetchnęłam z lekką ulgą. Kierując się w stronę Kliniki Hematologii, dumałam "co tam robi tkanka grasicy", po czym uznałam, że będzie to moje pytanie nr 2. Pierwszym miało być to, dotyczące zmiany wymiarów masy resztkowej.

Gdy już zostałam wezwana przez Doktor eM, podałam grzecznie opis i próbowałam nie zemdleć. Ona przeczytała i uśmiechnęła się do mnie serdecznie.
- no! ZDROWA DZIEWCZYNKA! - powiedziała z taką radością w oczach, jak gdybym była jej siostrą czy serdeczną przyjaciółką.
- czyli dobrze? - zapytałam odruchowo i dowiedziałam się, że owszem. Tu Doktor eM wyłuszczyła pozytywne części wyniku i skonkludowała: tak jak mówię ZDROWA dziewczynka!

To był pierwszy raz, kiedy usłyszałam, że jestem ZDROWA. I nie da się tego z niczym porównać. Tego szczęścia. Oczywiście byłam szczęśliwa, gdy usłyszałam o remisji przed przeszczepem, potem o tym, że PET CT po przeszczepie nie stwierdza aktywnej metabolicznie choroby chłoniakowej. Gdy Doktor eM powiedziała, że kolejne CT jest w porządku - też się cieszyłam, ale... usłyszeć po tym wszystkim, co przeszłam, że jestem ZDROWA DZIEWCZYNKA - to jest coś, czego nie da się z niczym porównać. Te minuty w gabinecie były najpiękniejszymi minutami ostatnich lat. Łzy napłynęły mi do oczu, uśmiechałam się od ucha do ucha i miałam chyba najszczęśliwszą minę świata, a Doktor eM uśmiechała się do mnie, cieszyła się z tego mojego szczęścia i z tego, że się udało, że mogła to powiedzieć. Nie umiem tego opisać, bo to był taniec emocji moich i jej. Bajka.
Opuściłam gabinet jakby na skrzydłach. Absolutnie pijana ze szczęścia. Z bananem na twarzy i majem w sercu szłam w kierunku samochodu, a w uszach brzmiało mi jej radosne i pewne siebie ZDROWA DZIEWCZYNKA. Jestem zdrowa - myślałam. Zdrowa.

Mniej więcej w połowie drogi do domu zdałam sobie sprawę, że z tego upicia zapomniałam zapytać o tkankę grasicy. Byłam jednak jeszcze naćpana endorfinami i innymi chemicznymi substancjami szczęścia, więc jakby słabo się przejęłam. Gdy w domu nieco otrzeźwiałam, przyszła refleksja i strach. Googlowanie nie pomogło, bo wszystkie hasła prędzej czy później kończyły się w okolicy grasiczaka lub nowotworu grasicy. Wpadłam w panikę. Pół nocy spędziłam na poszukiwaniach (wirtualnych) adresu e-mail do Doktor eM. Znalazłam i następnego dnia napisałam do niej maila, w którym przede wszystkim przepraszałam za swoją zuchwałość oraz to, że mam czelność zabierać jej prywatny czas oraz prosiłam o wyjaśnienie zagadki tkanki grasicy, która  nie daje mi spokoju.
Już samo napisanie tego maila nieco mnie uspokoiło. Mijały dni, w czasie których doszłam do wniosku, że owa problematyczna dla mnie tkanka nie może być ani grasiczakiem, ani nowotworem grasicy. Nie przegapiłby tego radiolog, opisujący HRCT, a już na pewno nie zbagatelizowałaby tego Doktor eM. Nie odesłałaby mnie z rakiem i nie wyznaczyłaby terminu kolejnej wizyty aż na 1 marca. No nie było takiej opcji. Po przeanalizowaniu wszystkich danych, doszłam do wniosku, że zdrowa znaczy zdrowa i nie ma tu miejsca na żadne interpretacje. Przyswoiłam, że jestem zdrowa. Uwierzyłam. I zrobiło mi się lżej.

Kilka dni po tej wizycie dostałam maila:
All rights reserved/lady_in_red
Znów zatrzęsły mi się ręce. Łzy popłynęły, jak tamtego dnia, w gabinecie. Już nawet nie próbowałam ich powstrzymywać.  Szczęście w całej swojej pełni, z całą swoją mocą (nieporównywalną z niczym) - wróciło. Chciałam piszczeć z radości, ale było już ciemno, więc z obawy przed niezadowoleniem sąsiadów, powstrzymałam się. Po kilkunastu minutach uznałam, że teraz już będzie pięknie. Jestem zdrowa i mam to na piśmie ;)

No! Podziwiam wszystkich, którzy dotrwali do tego momentu. Jestem zdrowa - wiecie? :) I nic na świecie nie może się z tą świadomością równać. Absolutnie nic!

Na dziś wystarczy. W planach jest pamiątkowy post popasowaniowy - mam nadzieję, że uda się niebawem. W planach są też wyjaśnienie dot. mojego milczenia, czyli historia telefonu i ubezpieczenia w Warcie. Zobaczymy, co mi z tych planów wyjdzie. Póki co - dziękuję Wam, że jesteście, pozdrawiam serdecznie i do następnego razu!

niedziela, 24 września 2017

Z (nie)małym poślizgiem

14 września - zgodnie z planem - odbyła się moja wizyta kontrolna. Myślałam, że niewiele wniesie,
Czekając na Doktor eM, zrobiłam morfologię (na zlecenie innej pani doktor). Wizyta była dość długa, bo trzeba się było "nachodzić", dwa razy pobierałam krew, załatwiałam termin badania, drukowałam skierowanie w sekretariacie, wracałam do Doktor eM po pieczątkę, wyjaśniałam temat "z kontrastem i bez kontrastu", co wiązało się ze spacerami między jednym budynkiem szpitala a innym, no ale... wszystko załatwiłam. A do tego okazało się, że morfologię mam piękną, więc... taka jakby nowa nadzieja we mnie wstąpiła.
że tylko po skierowanie jadę, ale okazało się, że coś tam jednak wniosła ;)


Jak widać na fotografii z wynikami, kolejna wycieczka do Magicznego Krakowa - 19 października. Nie jest to jednak prawda tak do końca, bo termin mojej HRCT (tomografia komputerowa o wysokiej rozdzielczości) wyznaczony został na 27 września. Zatem wycieczki w najbliższym czasie będą dwie. Pierwsza już w środę i kolejna (konsultacja wyników) 19 października.

Zlecona mi HRCT ma dwa zadania. Pierwszym jest oczywiście ocena remisji, drugim - ocena zmian w płucach, które to zmiany opisywał ostatni wynik CT i które zostały przez Doktor eM uznane za efekt chemioterapii. Mam nadzieję, że nic mi się tam groźnego nie dzieje. Całym sercem wierzę, że to wszystko, co złe - już za mną. Bezpowrotnie. Że jestem teraz silna, zdrowa i żaden dramat już mi się nie przytrafi. Każdego dnia dziękuję Bogu za moje życie i za to, że mi się udało. Dziękuję za ludzi, którzy mi pomogli i bez których nie byłoby to możliwe. Każdego też dnia walczę z demonami, które wcale nie odfrunęły, a jedynie uniosły się nieco wyżej, aczkolwiek stale są i stale je widzę. Powtarzam sobie, że JESTEM ZDROWA, nie mam raka, nie umrę, będę żyła i cieszyła się życiem aż do późnej starości. Wyobrażam to sobie. Tak jak wtedy, kiedy śmiertelna chemia miała zadać ostateczny cios chłoniakowi - wyobrażałam sobie, jak ginie od każdej kropli, całą sobą życzyłam mu śmierci i wizualizowałam sobie, jak z każdą kroplą staje się słabszy i umiera bardziej...
Dokładnie w ten sam sposób staram się teraz wizualizować sobie swoje zdrowe, nowe życie. I mam nadzieję, że to wystarczy. Bo świadomość bezradności i braku wpływu na to, co będzie, jest paraliżująca i przerażająca.
Niemniej... żyję całą sobą. Robię to, co lubię, co mi sprawia przyjemność... korzystam z życia, delektuję się przyjemnościami i... wyrzucam sobie, że marnuję czas. Że za dużo Doktora House'a (który mnie zachwyca i którego kocham) a za mało zabaw lalkami z Panną Wu :D

All rights reserved/lady_in_red
Jest dobrze i niech tak zostanie. Całą sobą staram się wrócić do normalności i przestać się bać. Przestać widzieć raka w każdym bólu brzucha, rwaniu kości, powiększonym węźle. Przestać klękać przed demonami. Idzie mi różnie, aczkolwiek... dopóki o to walczę, jestem zwycięzcą, prawda? :)

Liczę, że niebawem odezwę się z nowinkami. Trzymajcie się ciepło!

wtorek, 5 września 2017

OkołoSzkolny post fotograficzny.

Być może uda mi się w najbliższym czasie znaleźć chwilę, by usiąść i napisać coś "bardziej". Ale na tę chwilę, nie ma takiej możliwości.
Więc tylko fotki.
Z wczorajszego dnia:
All rights reserved/lady_in_red

All rights reserved/lady_in_red


A dziś już w deszczu. Niemniej... poszła dziarsko, więc spodziewam się, że o 15:00, gdy będę odbierała ją ze świetlicy, będzie afera: "dlaczego przyszłaś" :D

All rights reserved/lady_in_red

All rights reserved/lady_in_red

All rights reserved/lady_in_red

All rights reserved/lady_in_red

czwartek, 31 sierpnia 2017

A propos zdjęcia "na drzewie"

Kolejno: 13.04.2013 -> 29.08.2014 -> 31.07.2017
Eh, czas biegnie chyba jednak zbyt szybko...

All rights reserved/lady_in_red

poniedziałek, 28 sierpnia 2017

Czas tak szybko biegnie...

All rights reserved/lady_in_red
... całkiem niedawno pisałam o tym, że zostało 6 dni i moja Duża Mała Wu, pójdzie do przedszkola. Zainteresowanych tamtym czasem, odsyłam do podlinkowanego posta.
Dziś... Dziś mogę napisać, że został tydzień. 7 dni i moja Duża Mała Wu pójdzie do szkoły.
Wiem już, że Panienka Wu będzie w 1a, z czego cieszy się ogromnie, gdyż z jakichś zupełnie nieznanych mi powodów, marzyła o tym, by chodzić do 1a. Wiem, jak nazywa się jej nowa wychowawczyni, jak nazywają się dzieci, z którymi będzie się uczyć. Wiem, że jest gotowa.

Gorzej ze mną (hehe). Nie byłabym sobą, gdybym nie rozmyślała nad tym, czy dobrze zrobiłam, że zamiast szkoły znanej, z tzw. tradycjami, wybrałam nieznaną, nową, w której rocznik Panienki Wu będzie pierwszym rocznikiem podstawówki. Nie byłabym sobą, gdybym nie rozmyślała, jak to będzie, nie martwiła się na zapas, nie robiła miliona innych rzeczy. Ale nic to. Ona da radę, to i ja dam, prawda?

Wakacje minęły mi tak szybko, że w sumie nawet nie wiem, jak to się stało, że dopiero co poszła do przedszkola po raz ostatni, a tu już zaraz zadzwoni pierwszy dzwonek.

Ostatnimi czasy intensywnie remontujemy mieszkanie. To znaczy na tyle intensywnie, na ile pozwalają nam zawodowe obowiązki Pana Męża. W związku z powyższym mimo iż wiele nam jeszcze zostało (i zostanie na przyszłość), nasz przedpokój (który był już w naprawdę opłakanym stanie) wygląda w końcu dobrze (i doczekałam się szafy z przesuwnymi drzwiami, zamiast paskudnego wieszaka na kurtki i szafki na buty). Pokój Panny Wu na tę chwilę też skończony. Zostało wymienić drzwi (co - mam nadzieję - niebawem) oraz okno (co na wiosnę/lato). Zachwycam się tym pokojem za każdym razem, kiedy tam wchodzę. Wyszedł nam. I mam taką świadomość, że to jest pokój z moich dziecięcych marzeń. Zawsze taki chciałam i nigdy nie miałam (było nas 4 plus rodzice i babcia, a to wszystko w 3-pokojowym mieszkaniu w bloku).

All rights reserved/lady_in_red

All rights reserved/lady_in_red

Panna Wu - szczęśliwa i zadowolona. Nie może się nadziwić, że tak nam fajnie wyszło i że to wszystko jest jej. Cała w skowronkach kryje się w szafie (garderoba ma w środku "kryjówkę") i słucha tam muzyki czy gra na tablecie.
A ja jestem szczęśliwa, że mogliśmy jej to dać. Że możemy teraz patrzeć na jej radość, zadowolenie i uśmiech. O tym, że mam satysfakcję w związku z ogromem pracy włożonej w ten pokój, nie muszę chyba mówić, prawda?

All rights reserved/lady_in_red
Wraz z nastaniem września, wielkimi krokami zbliża się nie tylko szkoła Panny Wu, ale także moja kontrola w Magicznym Krakowie. Tak na marginesie - uwierzycie, że oto 2 dni temu minął rok od przeszczepu? Mnie, prawdę mówiąc, trudno uwierzyć. Ale wracając do kontroli. Niewiele się w jej czasie dowiem, bowiem termin został mi ustalony w celu wydania skierowania na TK o wysokiej rozdzielczości, w związku ze zmianami w płucach, które to zmiany uwidoczniła poprzednia TK. Zastanawiam się, czy nie poprosić tym razem Doktor eM, aby skierowanie napisała tak, by można było także ocenić remisję. Walczę wewnętrznie. Ze strachem. Z wizją wznowy. Powrotu do tego koszmaru. I to jest takie ambiwalentne uczucie. Bo z jednej strony wierzę, że wyzdrowiałam na zawsze i tak już będzie, a z drugiej strony... tak mocno, jak w to wierzę, tak mocno boję się, że dane mi było tylko "polizać" szczęścia... Martwię się tym bardziej, że męczy mnie kaszel, który przywołuje w pamięci kaszel z czasów, kiedy dostałam diagnozę, kiedy dowiedziałam się, że to rak.
I tak. Kaszel zaczął się wtedy, gdy zaczęliśmy remont, a więc gdy w mieszkaniu lata mnóstwo kurzu, pyłu, wiórów, tynku i innych... Do tego jestem chyba pod-ziębiona, bo lekki katar i w ogóle... A jednak jest strach...
W tym miejscu wszystkich, którzy dobrze mi życzą, trzymali i trzymają za mnie kciuki, modlą się... proszę o nieprzestawanie!

Strach przed wznową i strach przed rakiem, objawia się także tym, że histerycznie reaguję na każdy
All rights reserved/lady_in_red
podejrzany objaw. Czy to u Pana Męża, czy u Panny Wu. I tak ta ostatnia, w związku z powiększonymi węzłami chłonnymi, została początkiem sierpnia - całkiem zdrowa "na oko" zaprowadzona do naszej Doktor Bożenki. Powiedziałam, czym się martwię i nie usłyszałam od niej, że jestem ześwirowaną histeryczką. Wykazała zrozumienie. Pełne. Obmacała węzełki Panny Wu i uznała, że jej zdaniem nie są powiększone tak, by z ich powodu szaleć ze strachu. Mając jednak na uwadze moje zdrowie psychiczne, zapytała, czy życzę sobie, by wypisała skierowanie na badania krwi oraz USG tych węzłów. Odrzekłam, zgodnie z prawdą, że owszem, wariuję ze strachu itakdalej, ale mam jeszcze resztki zdrowego rozsądku. To zaś oznacza, że nie przyszłam na niej niczego wymóc, że przyszłam po ocenę fachowca. Dodałam też, że gdybym chciała na niej wymóc skierowanie, oszczędziłabym sobie (i jej) fatygi i badania zrobiła prywatnie, bo obiektywnie - ani badania krwi, ani też USG nie są jakimiś kosmicznie drogimi. Nie chcę się jednak niepotrzebnie nakręcać, nie chcę narażać dziecka bez powodu na stres i tylko dlatego, że przeżyłam koszmar, potęgować jej strach... No, w każdym razie, stanęło na tym, że poczekamy. Doktor Bożenka poleciła, żebyśmy zarejestrowały się na koniec sierpnia i wtedy zbada te węzły ponownie. W razie czego, da skierowania, cobym mogła spać spokojnie.

All rights reserved/lady_in_red
(zdjęcie jeszcze przed remontem)

Wizyta, o której mówię, nastąpi jutro. I już wiem, że chyba będę tych badań chciała. Tak dla spokojności. Bo węzły są. Małe, ale są.
I wiem, że dzieci w jej wieku mogą mieć wyczuwalne węzły szyjne i jest to najbardziej fizjologiczną rzeczą na świecie. Wiem też, że węzły te mogą być powiększone z byle powodu, bo jej układ odpornościowy jeszcze się uczy, więc strzela z całej mocy do byle zarazka. Wiem, że mogą być one pozostałością po infekcjach sprzed lat (gdy często chorowała na zapalenie ucha, smarkała itd.) Ale... coraz częściej mam koszmary. Chcę wiedzieć. Mieć pewność, że moja Gwiazdka jest zdrowa.
Zresztą... Doktor Bożenka, gdy tak okazywała to zrozumienie dla moich histerii, rzekła że też jest zdania, że lepiej sto razy niepotrzebnie zbadać, niż raz zignorować coś poważnego. No. Więc czuję się jakby rozgrzeszona.

Dobrze. Myślę, że na dziś wystarczy. Tak "z grubsza" to chyba tyle. Od września pewnie będę tu znowu regularnie. Życie zacznie toczyć się rytmem stałym, przewidywalnym, więc łatwiej mi będzie się zorganizować.
Trzymajcie, proszę, kciuki za wyniki Panny Wu. Trzymajcie za mnie.
Pozdrawiam Was i dziękuję za każdą życzliwość, wszystkie pozytywne myśli, każdą pomoc!