Polub mnie

wtorek, 28 lutego 2017

Panna Wiedźma kończy dziś 7 lat...

All rights reserved/lady_in_red
Przyjęcie w sobotę - 4 marca. W związku z powyższym - szaleję w kuchni, bo obrałam sobie za cel - zrobienie tortu i wszystkich ciasteczek - przekąsek. Słodyczy ze sklepu nie będzie. Więc działam na raty. Jest plan i staram się odhaczać kolejne jego punkty.
Jak zwykle o tej porze, nachodzą mnie rozmaite myśli. W tym roku jestem szczęśliwa tym bardziej. Że ją mam, a ona ma mnie. Że mogę być z nią, świętować i wspólnie celebrować ten dzień, który jest niewątpliwie jej świętem, ale i moim. Panna Wiedźma jest już dużą dziewczynką. Sama nie wiem, kiedy z noworodka wyrosła mi pannica, nosząca ubranka w rozmiarze 140-146.

Myślę, że więcej w temacie Dużej Wiedźmy oraz samego przyjęcia, napiszę w przyszłym tygodniu.

Dziś natomiast, chciałabym jeszcze wspomnieć, że oto Panienka Wiedźma została wybrana, jako "twarz kampanii" Żywiec Zdrój - Słodziaków nie trzeba dosładzać, daj dziecku wodę.
Każdy, kto jest tu ze mną od dawna, wie doskonale, że Panna Wiedźma i woda to nieodłączni przyjaciele od zawsze. A że w Pannie Wiedźmie drzemie żądza "sławy", nagroda w postaci "zawiśnięcia na multimedialnym bilboardzie" jest dla niej bardzo ważna. Radosną nowinę przekażę jej zaraz, jak tylko wróci z przedszkola, gdzie wraz z kolegami i koleżankami świętuje swoje urodziny na cukierkowo-czekoladowym przyjęciu.


Na koniec nie pozostaje mi nic innego, jak tylko przyznać, że jestem z niej dumna. I jestem szczęśliwa, że to właśnie ona jest moją córeczką. Marzyłam o niej i moje marzenie zostało spełnione.

Następnym razem - w nawiązaniu do chęci bycia gwiazdą - opowiem o Pannie Wiedźmie i Sweet Voices.
Do zobaczenia więc, mam nadzieję, że niebawem :)

wtorek, 27 grudnia 2016

Jest dobrze...

All rights reserved/lady_in_red
... i nie dzieje się nic złego. Po prostu staramy się odpoczywać, być ze sobą nawzajem i sami ze sobą. Milczeć i rozmawiać, robić coś wspólnie i "każdy sobie". Nie przeginać w żadną stronę. I jest nam tak dobrze.
Aktualnie planujemy wyjazd sylwestrowy. Już teraz, bo w założeniach wyjazd ów ma odbyć się kilka dni przed sylwestrową imprezą. Jest szansa, że nastąpi to jutro. Jeśli nie - pojutrze. Oczywiście niczego jeszcze nie spakowałam, bo ta nowa, po-przeszczepowa ja, zostawia wszystko na ostatnią chwilę. I czasem tylko płacze, że nie zdąży ;)

Święta minęły nam błogo i spokojnie. Choć... no może nie do końca. Panna Wiedźma postanowiła zagorączkować (na szczęście niezbyt wysoko, max do 38,4) a ja miałam wątpliwą przyjemność obejmowania kibelka przez dobrą godzinę w nocy z 25 na 26 grudnia. Mój żołądek jest jednak wciąż delikatny i wrażliwy po przeszczepie. Nie zatrułam się, bo jadłam wszystko to, co reszta domowników. Coś po prostu było zbyt ciężkiego jak na moje "wydelikacenie". Na szczęście Pannie Wiedźmie już lepiej. Jej organizm broni się dzielnie i wczoraj temperatura skoczyła tylko do 38 i tylko na chwilę. Bez leków spadła po krótkim czasie i dziecko me ozdrowiało. Został mu tylko katar. Ale to nie problem. Ja walczę ze złapanym od Panny Wiedźmy katarem i związanym z nim bólem gardła. Ale... póki co - to także nie problem.

All rights reserved/lady_in_red
Jedzenie było pyszne, ciasta wyszły obłędne, czas był wyjątkowy. Lubię Święta. Aaaaa! No i choinka. W tym roku piękna, żywa i prawie do sufitu. Jak w bajce. A pod piękną choinką - piękne prezenty, które nie najważniejsze, aczkolwiek sprawiły wszystkim mnóstwo radości. Najważniejsze jednak było i jest to, że mogliśmy świętować razem. We trójkę. Że jestem zdrowa i nie spędziłam tego czasu w szpitalu. Że byliśmy razem, przytulaliśmy się, patrzyliśmy sobie w oczy, śmialiśmy się... RAZEM.

To tak w skrócie chyba tyle.
All rights reserved/lady_in_red

Zdjęć świątecznych mam niewiele. Znaczy wiele, ale niewiele z nich nadaje się do publikacji (żeby nie powiedzieć, że żadne się nie nadaje). Pan Mąż obrał sobie chyba za cel, pstrykanie fotek w najdurniejszych momentach, czyli w takich, w których minę mam co najmniej durną. A Panna Wiedźma - druga specjalistka od rodzinnych fotek. Weszła w etap: dobre zdjęcie to zdjęcie z najdurniejszą miną świata. Tak więc lekko nie jest ;)
Ale... coś tam jednak mam. Kilka ze wspólnego robienia i dekorowania pierników, kilka z ubierania choinki (te robiłam ja), kilka z kolacji i sporo z rozpakowywania prezentów. Więc... coś tam jednak mam ;)

W piątek, ostatni przedszkolny dzień przed Wigilią, moje dziecko zaniosło paniom w przedszkolu własnoręcznie stworzone choineczki z piernika, mieliśmy więc okazję złożyć sobie wzajemnie życzenia. Było bardzo sympatycznie. A Panna Wiedźma mogła się spełnić twórczo (przed tym zaniesieniem). Ona jest wielką fanką wszelkich prac plastyczno-manulanych. Gdyby mogła, bez przerwy kleiła by, cięła, rysowała, malowała, rwała, szyła, gniotła, wykrawała, tworzyła itd. Pomysłów ma mnóstwo i zwinne rączki do ich realizacji.

W tym roku już się pewnie nie zdążę odezwać... Dlatego wszystkim Wam, którzy tu ze mną jesteście, którzy bywacie, którzy się odzywacie i którzy czytacie po cichu, życzę pięknego, szczęśliwego, zdrowego i pełnego tylko dobrych niespodzianek Nowego Roku!
All rights reserved/lady_in_red

All rights reserved/lady_in_red

środa, 21 grudnia 2016

Powinnam była zrobić to wcześniej

Od mojej kontroli w Krakowie minęło... 9 dni. Doktor Kasię zastąpiła Doktor Monika, mądra, uśmiechnięta i oddana pacjentom, starsza koleżanka Doktor Kasi. Nie wiem, kiedy moja Doktor Kasia wróci, ale... ostatecznie uznałam, że ze wszystkich pozostałych możliwości - trafiła mi się najlepsza. W tym miejscu przydałoby się napomknąć choć, że plan miałam inny. Chciałam dostać się, jak moja przeszczepowa koleżanka, do Doktor Agnieszki, która co prawda specjalistką od białaczek jest, nie od chłoniaków, ale to mimo wszystko nowotwory krwi, więc może dałaby radę. Próbowałam umówić się z nią na wizytę na sto sposobów, ale żaden nie przyniósł rezultatów. Na koniec uznałam, że widocznie pisana mi Doktor Monika. Zaczęłam dumać, a z dumania wyszło mi, że przecież zawsze mówiłam, że wszystko jest po coś i wystarczy tylko czytać znaki. Więc przeczytałam i okazało się, że zrobiłam dobrze. Doktor Monika wydała zalecenia jak Bóg od chłoniaków, czyli Profesor z Krakowa. Czuję się bezpieczna, dobrze zaopatrzona, dopilnowana tak, jak dopilnowałby mnie rzeczony Profesor.
To pewnie tyle tytułem wstępu. Teraz najważniejsze. Wynik PET CT.



Zdjęcie opisu PET i zdjęcie z karty informacyjnej po wizycie. Prawda jest taka, że mój organizm ucierpiał (płuca, migdałki, tkanki) ale idąc na wojnę, trzeba się liczyć z ofiarami. Jest szansa, że te problemy miną, że trzeba tylko czasu. Niemniej na tę chwilę nic się dla mnie nie liczy. Chłoniak przegrał. Będę żyła!
Wyfrunęłam z gabinetu Doktor Moniki jak na skrzydłach. Trzęsłam się cała, z emocji, ze wzruszenia. Byłam najszczęśliwsza na świecie. I jestem wciąż.
Dostałam recepty, przykazania i... zobaczymy się za 3 miesiące, czyli 28 marca. Do tego czasu mam żyć i cieszyć się życiem.

All rights reserved/lady_in_red
W piątek, po poniedziałku, kiedy to byłam w Krakowie, odbył się ślub mojej siostry. Wzruszający, bo byliśmy z Panem Mężem świadkami. Siostra i szwagier planowali ślub latem, ale gdy okazało się, że potrzebuję przeszczepu, odłożyli na wtedy, kiedy się wyliżę. Nie przyznali się, dopiero teraz... a gdy zapytałam: a co byście zrobili, gdybym kojtnęła? Odrzekli: nie braliśmy takiej opcji pod uwagę.

To był naprawdę piękny ślub, na którym się popłakałam ze wzruszenia (na szczęście nie tylko ja) i przemiłe przyjęcie z przepysznym jedzeniem. Dawno się tak dobrze nie bawiłam. Ale ślub ten był dla mnie także momentem przełomowym. Zewsząd słyszałam, że nie wypada, żebym poszła w chustce, że powinnam założyć perukę, z szacunku do siostry i jej święta. Ja zaś... nie chciałam, bo uznałam, że idę na ślub, a nie na bal przebierańców. W peruce czuję się jak w przebraniu, więc się to gryzło. Postanowiłam poprosić o radę Zielone Spojrzenie. Zapytałam, czy uważa, że faktycznie powinnam uprzedzenia schować do kieszeni i założyć tę przeklętą perukę, czy to faktycznie ujma i brak szacunku dla siostry, czy robię jej krzywdę, chcąc własne odczucia wyciągnąć na pierwszy plan, zamiast to ich szczęście celebrować i podporządkować się... Zielone rzekło: "Jeśli ktoś ma poczucie wstydu z powodu swojej choroby, to rzeczywiście mu wstyd pokazać się inaczej niż ze sztuczną fryzurą. Nie rób sobie tego". W dniu ślubu natomiast Pan Mąż mój rzekł, że powinnam iść bez niczego, że to, jak wyglądam, jest dowodem tego, ile przeszłam i tego, jaka jest we mnie siła. Że to powód do dumy, pokazać "zgliszcza". Walczyłam ze sobą (choć początkowo kazałam mu się puknąć w czoło). I na koniec stwierdziłam, że oni obydwoje mają rację. A ja jestem silna, twarda i jestem zwycięzcą. Tym sposobem pojechałam na ślub z własnymi włosami (mając w torbie szal, z którego można zrobić turban, na wypadek, gdyby siostra nie życzyła sobie mojej zgliszczowej głowy). Nie żałuję. O! I taka dumna z siebie pojechałam, taka... taka przekonana o własnej mocy, że tego się nawet nie da opisać.

Wojujemy w kuchni z Panną Wiedźmą. Ale o tym - następnym razem, bo dziś już jakby nie mam siły.
Pozdrawiam Was serdecznie!

All rights reserved/lady_in_red

sobota, 3 grudnia 2016

Poszłyśmy badać śnieg...

A właściwie tę namiastkę śniegu, wszak temperatura powyżej zera sprawia, że niewiele go leży... No ale poszłyśmy. Niech dziecko przypomni sobie, co to w ogóle jest śnieg...
Najpierw grzecznie było, spokojnie... a później....
All rights reserved/lady_in_red

... kompletnie nam odbiło :D
Piękny za nami dzień!

All rights reserved/lady_in_red
All rights reserved/lady_in_red

All rights reserved/lady_in_red


poniedziałek, 28 listopada 2016

Tyle wiem, ile zjem ;)

All rights reserved/lady_in_red
Tytuł jest przekorny, jestem dziś w głupkowatym nastroju, bo... właściwie ten nastrój to chyba pomieszanie rozmaitych emocji. Nadziei i wiary, ulgi (że już po badaniu), zmęczenia (jestem na nogach od 3:30)... Jestem w jakimś sensie spokojna. Może to znak, że wciąż jestem zdrowa, a badanie PET CT tylko to potwierdzi. A może wcale nie? Tak czy inaczej, dowiem się tego dopiero za dwa tygodnie. Może.

Dziś w Krakowie "odhaczyłam" swoje badanie całkiem sprawnie. Zajęło mi to tylko lekko ponad 2,5 godziny, więc stwierdzam, że jednak poranne godziny badania są lepsze. Mniejsze szanse na zaliczenie megaobsuwy.
Po badaniu ruszyłam na Oddział Hematologii, w poszukiwaniu Mojej Doktor Kasi. Niby wiedziałam, że najpewniej wciąż jest na L4, a jednak łudziłam się, że może jednak już nie... ewentualnie, że ktoś mi powie, że oto Doktor Kasia wróci niebawem, za dzień, dwa czy tydzień. Ale nie. Ktoś mi powiedział, że nie wiadomo, kiedy Doktor Kasia wróci i że wszelkich informacji udzieli mi inna lekarka. I udzieliła (nawet mnie pamiętała, choć tak naprawdę do czynienia ze mną miała tylko kilka razy). Wstępnie moja kontrola wyznaczona została na 12 grudnia, ale mam ten termin potwierdzić w czwartek lub piątek przed tym dwunastym. Wtedy dowiem się, która z dwóch lekarek się mną zaopiekuje, gdzie ta wizyta, o której godzinie itd.

All rights reserved/lady_in_red
Tak kojąco i z nadzieją, że jeszcze wiele razy tu wrócę
Zdjęcia z naszych ostatnich wakacji, po których wszystko się zmieniło.
Z jednej strony jest mi przykro, że Doktor Kasia "przepadła" (ja się bardzo przywiązuję do ludzi i nienawidzę zmian... nienawidzę ich niezależnie od tego, czy chodzi o zmianę skórki na poczcie, zmianę planów, czy też zmianę ukochanego lekarza). Z drugiej mam nadzieję, że nic poważnego jej nie dolega, nie jest ciężko chora itd. Z trzeciej wiem, że nic na to nie poradzę, że jej nie ma i jedyne, co mogę w tej sytuacji zrobić, to czekać. I pytać, czy już wróciła, bym i ja mogła wrócić pod jej skrzydła. Na szczęście "pasują mi" obydwie lekarki, których nazwiska zapisano mi na kartce (prawdopodobnie jedna z nich zostanie moim lekarzem prowadzącym na czas nieobecności Doktor Kasi). Tak więc nie czuję się jakoś megabardzo porzucona (choć, powtórzę, najbardziej chciałabym powrotu Doktor Kasi).

Wszystko załatwiliśmy nadzwyczaj szybko i sprawnie. I tylko te ceny za przyszpitalny parking zepsuły cały obraz wizyty w szpitalu. Nie rozumiem, dlaczego pacjenci, którzy nieraz muszą w tym szpitalu spędzić kilka godzin, zmuszani są do uiszczania aż tak wysokich opłat za parkowanie. Przecież wiadomo, że nikt tam nie przyjeżdża dla żartu, dla przyjemności, czy dla zajęcia miejsca parkingowego (pominę, że nawet uiszczając te opłaty, znalezienie miejsca to nie lada wyczyn).

Nie rozwodząc się zbytnio nad kosztami parkowania, stwierdzam że chciałabym w jako takim spokoju psychicznym doczekać 12 grudnia. Nie ma Doktor Kasi, nie mam wyznaczonego lekarza - zastępcy, więc nie dowiem się wcześniej, co wyszło w badaniu (do tej pory wiedziałam po 2-3 dniach, bo umówiona byłam na telefon i zarówno Profesor z Krakowa, jak i Doktor Kasia, udzielali mi informacji). Tym razem będę musiała poczekać. Oby to było czekanie na dobre wiadomości!

Tak. Tyle po dzisiejszym dniu wiem. Skojarzyło mi się z jedzeniem, bo po przedbadaniowej głodówce, dopadł mnie "apetyt na wszystko". Na szczęście wieczorem udało mi się opanować i stwierdzić, że tak naprawdę wcale nie jestem głodna, tylko coś się w moim ciele pomieszało i ma ochotę na jedzenie. Skończyło się więc herbatą ;)

All rights reserved/lady_in_red
Tak kojąco i z nadzieją, że jeszcze wiele razy tu wrócę
Zdjęcia z naszych ostatnich wakacji, po których wszystko się zmieniło.
A poza informacjami dot. badania... Kupiłam Panu Mężowi garnitur, który moim skromnym zdaniem jest piękny. Jeszcze nie dotarł (kurier prawdopodobnie będzie jutro). Kupienie garnituru oznacza, że na ślub mojej siostry jesteśmy właściwie gotowi. Jeszcze tylko jakąś ciekawą kartkę kupimy i będzie wszystko.
Prawdę mówiąc, nie mogę się tego ślubu doczekać. To będzie mój pierwszy wyjazd "w gości" od przeszczepu. Wzruszyli mnie. Nie tylko z Panem Mężem będziemy świadkami, ale i dowiedziałam się, że czekali z tym ślubem na mnie. Początkowo chcieli, by było to latem, ale że okazało się, że latem wypadnie przeszczep, przełożyli na teraz. Żebym była już po i żebym miała czas na dojście do siebie. Tak mi się ciepło zrobiło na sercu, gdy się przyznali... eh, zrobiłam się jeszcze bardziej sentymentalna i uczuciowa niż zawsze ;)

Wystarczy na dziś. Mam nadzieję, że uda mi się odezwać niebawem. Wszystkich Czytających pozdrawiam serdecznie i dziękuję, że jesteście. Zachęcam też do zostawienia kilku słów, to naprawdę bardzo wiele dla mnie znaczy. Jak napisałam w jednym z ostatnich komentarzy, pisząc - przestajecie być tylko liczbami w statystykach.
Do następnego razu!

sobota, 26 listopada 2016

Raport bieżący ;)

All rights reserved/lady_in_red
Na PET wezwali mnie na poniedziałek. Problemem jest to, że mojej przeszczepowej koleżance nie udało się umówić do Doktor Kasi na wizytę, bo oto od kilku tygodni jest na L4 (Doktor Kasia, nie przeszczepowa koleżanka). Znaczy miała mieć wizytę 16 listopada i odwołali ją z okazji tego L4. Dzwoniła w miniony poniedziałek i powiedzieli jej, że nie wiadomo, czy Doktor Kasia szybko z tego zwolnienia wróci. Spekulujemy, że może ciąża, ale z drugiej strony one tam w ciąży pracują bardzo długo, więc... No chyba że zagrożona. Mam nadzieję, że nic poważnego jej nie dolega. Ale jeśli nie wróci w ten poniedziałek, będę się tułała po szpitalu i szukała kogoś, kto się zgodzi mnie przyjąć w zastępstwie. To będzie zadanie dnia, bo niełatwe i upierdliwe. Tak więc proszę, trzymajcie kciuki za wyniki badania, niech się okaże, że wciąż jestem zdrowa. I za lekarza, coby mnie ktoś przygarnął.

W kwestii mojego chorego gardła i poszpitalnego reżimu... Gardło już prawie nie boli. Nie muszę w każdym razie jechać na p/bólowych, odkażać, znieczulać itd. Za to uzależniłam się z okazji tego gardła od dobrych herbat i piję jak szalona, bo trudno tak nagle przestać. A reżim... Mogę już właściwie jeść wszystko, na co mam ochotę. Wprowadzanie tego chwilę trwało, ale jestem na etapie: jem co chcę. Choć zmieniły mi się smaki i jak całe życie nie lubiłam jabłek, tak teraz są pyszne. A sery pleśniowe są ble, choć zawsze lubiłam.
Mam jeszcze problemy z interpretacją zapachów, np. karmelowa Inka z karmelowym syropem do kawy pachnie mi wymiocinami :D Muszę więc uważać, bo często nie wiem, czy mięso śmierdzi, bo się zepsuło, czy to tylko błędna interpretacja zapachu...

Dziś około południa znów mam gości, zapytałam w związku z tym Pana Męża kilka dni temu, czy kupić jakieś ciastka, czy w małej blaszce coś upiec, na co on: a nie mogłabyś ugotować tego sernika co ostatnio? W dużej blaszce? :D
Robiłam więc wczoraj wieczorem z rodzynkami i masą krówkową na wierzchu.

Z okazji ślubu mojej siostry, nową kieckę kupiłam nie tylko sobie, ale także dzieciowi. Dzieć sobie zażyczył, bo skoro każdy kupuje nowe ubrania, to ona też chce. Wygląda jak królewna. No nie mogę się napatrzeć. A i ona zadowolona, tylko ubolewa nad faktem, że nie będzie na tym ślubie dziewczynki, która miałaby rozsypywać płatki róż przed panną młodą :D

Robię plany (to wciąż się nie zmieniło, mimo chemii i przeszczepu). W myślach planuję Święta, urodziny Panny Wiedźmy, no i - co cieszy mnie chyba najbardziej - remont przedpokoju. Wywalimy wieszak, szafkę z butami i szafkę, na której jest wszystko. Zrobimy nowe tapety, szafę przesuwną i mam nadzieję, że będzie pięknie. Później marzy mi się łazienka, ale pewnie wolnego Darkowi braknie. A na koniec kuchnia i pokoik dla Panny Wiedźmy. Liczę że stopniowo, powoli, wszystkie plany uda się zrealizować i będę mogła się cieszyć tym wszystkim.

Od środy, od kiedy wiem o terminie kontrolnego PET CT, myślę o poniedziałku. Z jednej strony jestem spokojna, mam w głowie "jestem zdrowa, jestem zdrowa, jestem zdrowa". A z drugiej... no stres mimo wszystko jest, albo coś na kształt stresu. Ale muszę się trzymać dzielnie. Silna i pewna. Bo przecież jestem zdrowa, prawda? Wygrałam z chłoniakiem, podniosłam się z ciężkiej sepsy, jestem twarda :)

środa, 23 listopada 2016

Sernik gotowany, czyli jak się zakochałam w prostocie.

Wspominałam ostatnio o planach "na sernik gotowany". Postanowiłam przepis wypróbować, bo mój wiekowy piekarnik niespecjalnie nadaje się do długiego pieczenia (a pieczone przeze mnie serniki zwykle leżakują w piekarniku od 70 do 90 minut). To, jak szybko i banalnie prosto się go przygotowuje, bardzo pozytywnie mnie zaskoczyło.
To, jak doskonale smakuje - również. Sernik zniknął w ciągu doby. Smakował nam i naszym gościom. Dzieciom również. Jest delikatny, puszysty i mokry.

Zgodnie z obietnicą, przepis na sernik gotowany (proporcja na dużą blachę):


Masa serowa: 
2 kg serka na serniki
7-8 jajek
400 g masła
2 szkl cukru zmieszanego z cukrem waniliowym
6 budyniów waniliowych
1,5 szkl mleka
herbatniki petitki - około 500 g
opcjonalnie 2 puszki kajmaku, ja robiłam bez

Wykonanie:
Do dużego garnka z grubym dnem włożyć pokrojone w nieduże kawałki masło, ser, rozbełtane jajka i cukier. Drewnianą łyżką zamieszać tak, by trudno było odróżnić składniki. Następnie podgrzewać na małym ogniu często mieszając, żeby nie przywarło zbytnio do dnia. W zimnym mleku rozpuścić budynie i kiedy masa na gazie będzie wrzała, wlać budyniową mieszaninę, gotując jeszcze kilka minut i ciągle mieszając. Zdjąć garnek z ognia gdy masa stanie się gęsta.
Foremkę (22 x 37 cm) wyłożyć folią aluminiową/spożywczą i warstwą herbatników. Następnie posmarować połową kajmaku, ułożyć kolejną warstwę herbatników. Wylać połowę gorącej masy serowej, ułożyć herbatniki, wylać drugą połowę masy serowej i znów ułożyć herbatniki. Wierzch ciasta posmarować pozostałym kajmakiem i posypać migdałami. Ostudzić i schłodzić kilka godzin w lodówce. Bez kajmaku przekładałam pojedynczą warstwą herbatników.

Teraz P.S. ode mnie... Przyznaję bez bicia, że ostrożnie do tego przepisu podeszłam. No bo jak to? Sernik gotować? Bałam się, że nie wyjdzie, z gotowanych jajek zrobię jajecznicę czy coś... Więc żeby nie zmarnować wszystkich składników, postanowiłam zrobić najpierw z połowy - jedną warstwę. 1 kg serka, 4 jajka, szklanka cukru z cukrem waniliowym, 3 budynie waniliowe, 3/4 szklanki mleka. Gdy mi się udało, niczego nie trzeba było wyrzucać, z drugiej połowy zrobiłam drugą warstwę, dodając budynie śmietankowe. Dzięki temu zabiegowi, warstwy miały lekko różny kolor, co jest słabo widoczne na zdjęciach, bo z powodu rozładowanych akumulatorów do aparatu, zrobiłam je "kalkulatorem" :D, niemniej było doskonale widoczne w rzeczywistości.
Polecam przepis, moje wybredne po przeszczepie podniebienie zostało dopieszczone, a niewyparzony język, obłaskawiony.
W przyszłości planuję wypróbować wersję z cienkim ciastem kruchym na spodzie i ciastem kruchym z bezą na wierzchu oraz z rodzynkami lub skórką pomarańczową w masie serowej.