Polub mnie

sobota, 26 listopada 2016

Raport bieżący ;)

All rights reserved/lady_in_red
Na PET wezwali mnie na poniedziałek. Problemem jest to, że mojej przeszczepowej koleżance nie udało się umówić do Doktor Kasi na wizytę, bo oto od kilku tygodni jest na L4 (Doktor Kasia, nie przeszczepowa koleżanka). Znaczy miała mieć wizytę 16 listopada i odwołali ją z okazji tego L4. Dzwoniła w miniony poniedziałek i powiedzieli jej, że nie wiadomo, czy Doktor Kasia szybko z tego zwolnienia wróci. Spekulujemy, że może ciąża, ale z drugiej strony one tam w ciąży pracują bardzo długo, więc... No chyba że zagrożona. Mam nadzieję, że nic poważnego jej nie dolega. Ale jeśli nie wróci w ten poniedziałek, będę się tułała po szpitalu i szukała kogoś, kto się zgodzi mnie przyjąć w zastępstwie. To będzie zadanie dnia, bo niełatwe i upierdliwe. Tak więc proszę, trzymajcie kciuki za wyniki badania, niech się okaże, że wciąż jestem zdrowa. I za lekarza, coby mnie ktoś przygarnął.

W kwestii mojego chorego gardła i poszpitalnego reżimu... Gardło już prawie nie boli. Nie muszę w każdym razie jechać na p/bólowych, odkażać, znieczulać itd. Za to uzależniłam się z okazji tego gardła od dobrych herbat i piję jak szalona, bo trudno tak nagle przestać. A reżim... Mogę już właściwie jeść wszystko, na co mam ochotę. Wprowadzanie tego chwilę trwało, ale jestem na etapie: jem co chcę. Choć zmieniły mi się smaki i jak całe życie nie lubiłam jabłek, tak teraz są pyszne. A sery pleśniowe są ble, choć zawsze lubiłam.
Mam jeszcze problemy z interpretacją zapachów, np. karmelowa Inka z karmelowym syropem do kawy pachnie mi wymiocinami :D Muszę więc uważać, bo często nie wiem, czy mięso śmierdzi, bo się zepsuło, czy to tylko błędna interpretacja zapachu...

Dziś około południa znów mam gości, zapytałam w związku z tym Pana Męża kilka dni temu, czy kupić jakieś ciastka, czy w małej blaszce coś upiec, na co on: a nie mogłabyś ugotować tego sernika co ostatnio? W dużej blaszce? :D
Robiłam więc wczoraj wieczorem z rodzynkami i masą krówkową na wierzchu.

Z okazji ślubu mojej siostry, nową kieckę kupiłam nie tylko sobie, ale także dzieciowi. Dzieć sobie zażyczył, bo skoro każdy kupuje nowe ubrania, to ona też chce. Wygląda jak królewna. No nie mogę się napatrzeć. A i ona zadowolona, tylko ubolewa nad faktem, że nie będzie na tym ślubie dziewczynki, która miałaby rozsypywać płatki róż przed panną młodą :D

Robię plany (to wciąż się nie zmieniło, mimo chemii i przeszczepu). W myślach planuję Święta, urodziny Panny Wiedźmy, no i - co cieszy mnie chyba najbardziej - remont przedpokoju. Wywalimy wieszak, szafkę z butami i szafkę, na której jest wszystko. Zrobimy nowe tapety, szafę przesuwną i mam nadzieję, że będzie pięknie. Później marzy mi się łazienka, ale pewnie wolnego Darkowi braknie. A na koniec kuchnia i pokoik dla Panny Wiedźmy. Liczę że stopniowo, powoli, wszystkie plany uda się zrealizować i będę mogła się cieszyć tym wszystkim.

Od środy, od kiedy wiem o terminie kontrolnego PET CT, myślę o poniedziałku. Z jednej strony jestem spokojna, mam w głowie "jestem zdrowa, jestem zdrowa, jestem zdrowa". A z drugiej... no stres mimo wszystko jest, albo coś na kształt stresu. Ale muszę się trzymać dzielnie. Silna i pewna. Bo przecież jestem zdrowa, prawda? Wygrałam z chłoniakiem, podniosłam się z ciężkiej sepsy, jestem twarda :)

środa, 23 listopada 2016

Sernik gotowany, czyli jak się zakochałam w prostocie.

Wspominałam ostatnio o planach "na sernik gotowany". Postanowiłam przepis wypróbować, bo mój wiekowy piekarnik niespecjalnie nadaje się do długiego pieczenia (a pieczone przeze mnie serniki zwykle leżakują w piekarniku od 70 do 90 minut). To, jak szybko i banalnie prosto się go przygotowuje, bardzo pozytywnie mnie zaskoczyło.
To, jak doskonale smakuje - również. Sernik zniknął w ciągu doby. Smakował nam i naszym gościom. Dzieciom również. Jest delikatny, puszysty i mokry.

Zgodnie z obietnicą, przepis na sernik gotowany (proporcja na dużą blachę):


Masa serowa: 
2 kg serka na serniki
7-8 jajek
400 g masła
2 szkl cukru zmieszanego z cukrem waniliowym
6 budyniów waniliowych
1,5 szkl mleka
herbatniki petitki - około 500 g
opcjonalnie 2 puszki kajmaku, ja robiłam bez

Wykonanie:
Do dużego garnka z grubym dnem włożyć pokrojone w nieduże kawałki masło, ser, rozbełtane jajka i cukier. Drewnianą łyżką zamieszać tak, by trudno było odróżnić składniki. Następnie podgrzewać na małym ogniu często mieszając, żeby nie przywarło zbytnio do dnia. W zimnym mleku rozpuścić budynie i kiedy masa na gazie będzie wrzała, wlać budyniową mieszaninę, gotując jeszcze kilka minut i ciągle mieszając. Zdjąć garnek z ognia gdy masa stanie się gęsta.
Foremkę (22 x 37 cm) wyłożyć folią aluminiową/spożywczą i warstwą herbatników. Następnie posmarować połową kajmaku, ułożyć kolejną warstwę herbatników. Wylać połowę gorącej masy serowej, ułożyć herbatniki, wylać drugą połowę masy serowej i znów ułożyć herbatniki. Wierzch ciasta posmarować pozostałym kajmakiem i posypać migdałami. Ostudzić i schłodzić kilka godzin w lodówce. Bez kajmaku przekładałam pojedynczą warstwą herbatników.

Teraz P.S. ode mnie... Przyznaję bez bicia, że ostrożnie do tego przepisu podeszłam. No bo jak to? Sernik gotować? Bałam się, że nie wyjdzie, z gotowanych jajek zrobię jajecznicę czy coś... Więc żeby nie zmarnować wszystkich składników, postanowiłam zrobić najpierw z połowy - jedną warstwę. 1 kg serka, 4 jajka, szklanka cukru z cukrem waniliowym, 3 budynie waniliowe, 3/4 szklanki mleka. Gdy mi się udało, niczego nie trzeba było wyrzucać, z drugiej połowy zrobiłam drugą warstwę, dodając budynie śmietankowe. Dzięki temu zabiegowi, warstwy miały lekko różny kolor, co jest słabo widoczne na zdjęciach, bo z powodu rozładowanych akumulatorów do aparatu, zrobiłam je "kalkulatorem" :D, niemniej było doskonale widoczne w rzeczywistości.
Polecam przepis, moje wybredne po przeszczepie podniebienie zostało dopieszczone, a niewyparzony język, obłaskawiony.
W przyszłości planuję wypróbować wersję z cienkim ciastem kruchym na spodzie i ciastem kruchym z bezą na wierzchu oraz z rodzynkami lub skórką pomarańczową w masie serowej.

piątek, 18 listopada 2016

Nie odzywałam się, bo...

All rights reserved/lady_in_red
... nie, to nie tak, że postanowiłam porzucić pisanie. Wcale nie postanowiłam. Tak mi jakoś samo wyszło. Najpierw byłam chora, o czym pisałam, później przeżyłam chwile grozy, bo oto w końcu gdy nie zdrowiałam, wybrałam się do lekarza mego rodzinnego, który to lekarz potwierdził infekcję wirusową, ale zlecił też badania krwi, morfo + OB. I krew wyszła ogólnie nieźle, ale OB aż 88. Pani doktor spanikowała i uznała, że lepiej dzwonić do Krakowa, bo od infekcji to do 40 by było, a że jest aż 88, to się pewnie na chorobę podstawową nałożyło. "No ale jak na chorobę podstawową" - myślałam. Przecież w remisji nie ma choroby podstawowej, tak? Wyszło mi więc, że ona, spanikowana, podejrzewa wznowę. Dzwoniłam do tego Krakowa jak szalona. I jak na złość, Doktor Kasi nikt nie umiał namierzyć, ale przemiłe panie w sekretariacie pozwoliły dzwonić tak często, jak tylko mam ochotę, coby Doktor Kasię złapać. I w końcu złapałam. Około 12:00, będąc już naprawdę bliska zawału. A Doktor Kasia orzekła, że:
- przede wszystkim moje OB to wyłącznie wina infekcji, nic się nie nakłada na chorobę podstawową, bo "pani jest w całkowitej remisji, więc nie ma się na co nakładać"
- jest takie wysokie, bo "przeszła pani ciężką chemię i bardzo ciężkie leczenie, więc organizm jest wycieńczony, to mu pozwala na nadreakcję
- zaleciła Klacid, uznała że mimo dobrych parametrów, to się nie przekłada na stan odporności i ogólna kondycję, bo tylko ilość krwinek się zgadza, nie zgadza się jakby jakość. One są niedojrzałe, więc trzeba mi pomagać z grubej rury.
- jeśli nie zaczęłam terapii sterydem i Pulmicortem (zaleconej przez lekarza rodzinnego), mam nie zaczynać (a nie zaczęłam)
- i mam się nie martwić, nie stawia się nowotworowej diagnozy na podstawie tego, co się komuś wymyśliło w danej chwili w głowie.
Doktor Kasia nie miała wątpliwości co do winy infekcji, a że zna się na tym, co robi, że ufam jej opinii, kamień spadł mi z serca. Oczywiście wiem, że to wcale nie znaczy, że jestem w 100% bezpieczna w kontekście wznowy, ale wiem też, że takie OB nie jest dla tej wznowy żadnym wyznacznikiem.

Moja Duża Patriotka po akademii z okazji 11 listopada
All rights reserved/lady_in_red
Po antybiotyku szybko doszłam do siebie, minęło złe samopoczucie, minęły bóle głowy i w ogóle ozdrowiałam zupełnie. Było pięknie, przez miesiąc. Po tym czasie Panna Wiedźma przytargała do domu jakiegoś innego wirusa, w wyniku którego najpierw bolało ją gardło, następnie doszedł katar, spuchło jej oko i okolice nosa po jednej stronie, wysoko gorączkowała. Gardło miała książkowo wirusowe, tak idealnie książkowo, że nie miałam co do wirusowego podłoża absolutnie żadnych wątpliwości. Na wszelki wypadek jednak, w czwartej dobie posłałam ją z Panem Mężem mym do lekarza, coby fachowym okiem spojrzał i ocenił "moją diagnozę". Pediatra diagnozę potwierdziła, infekcja była wirusowa, oko spuchło od kataru, który przytkał jakiś kanalik lub kanaliki.
Dziś Panna Wiedźma jest niemal zupełnie zdrowa i gdyby nie pozostałości w postaci wysypki w okolicy nosa (strasznie ją wysypało od tego kataru, zrobiły się pęcherze i ogólnie nieładnie do wyglądało), można by uznać, że w ogóle nie była chora. Za to ja po dwóch dniach przejęłam od niej owego wirusa i morduję się z bólem gardła, na który absolutnie nic nie pomaga. Próbowałam już chyba wszystkiego. I nic. Jeśli to potrwa dłużej, oszaleję! Na szczęście mam tylko ból gardła (miałabym pewnie też temperaturę, ale przy takich ilościach ibuprofenu i paracetamolu, jakie łykam, po gorączce nie ma śladu). Dziecku memu ból gardła minął po 4 dobach, ja mam dziś 3 dobę, łudzę się, że jeszcze tylko jutro i odetchnę. Oby!

Ale mam też dobre wiadomości. Jestem w coraz lepszej kondycji. Uwielbiam drzemki w ciągu dnia, ale już nie muszę z nich korzystać. Nim moje dziecko się pochorowało, przez tydzień odbierałam je z przedszkola. Zaliczyłam już dwa razy robienie pierogów i kilka blach ciasta. Coraz sprawniej schodzę ze schodów i wchodzę po nich, a co najważniejsze, nie muszę już wciągać się po poręczy. Jest naprawdę dobrze. I włosy... rosną jak szalone. Podobnie brwi i rzęsy. Jedynym minusem jest fakt, że na nogach odrosły mi włosy mocne, jak chyba nigdy w życiu. Po latach korzystania z wosku i depilatora, włosy na nogach były słabe, a depilacja bezbolesna. Gdy kilka dni temu odważyłam się na pierwszą po przeszczepie depilację, byłam bliska płaczu. Po wydepilowaniu 1/4 nogi miałam serdecznie dosyć i walczyłam z namolną myślą, by porzucić tę depilację na amen. Na szczęście wytrwałam, kolejna depilacja powinna więc być nieco mniej hardkorowa ;)

Nabyłam sukienkę na okoliczność ślubu mojej siostry. I okazała się za duża (to miłe). Od przeszczepu mam około 10 kg mniej. Jeszcze około 7-8 i będę zadowolona. Siostra ma zmieni stan cywilny 16 grudnia, dziś udało mi się na tę okoliczność nabyć sukienkę dla Panny Wiedźmy, to zaś oznacza, że jeszcze tylko garnitur dla Pana Męża i będzie cacy.

Jutro spodziewam się gości, dlatego testować dziś będę przepis na sernik gotowany. Mam nadzieję, że wyjdzie (a jeśli tak, poczęstuję Was owym przepisem). No i gościom marzą się pierogi, więc... będą pewnie pierogi part 3.

To w skrócie pewnie tyle. Po 26 listopada powinni wezwać mnie na badanie PET. Mniej więcej tydzień później umówię się na wizytę u Doktor Kasi. Mam nadzieję, że wyniki będą w porządku i będę mogła odetchnąć z ulgą.

piątek, 21 października 2016

Jak to z tym SORem było...

Photo credit: Fleep Tuque via Foter.com / CC BY-NC
Zgodnie z planem czekałam, poiłam się lipą chrzczoną miodem, poiłam się naparem z geranium chrzczonym w dokładnie ten sam sposób i miało być pięknie. Przez chwilę nawet zapowiadało się, że będzie. Ale... że ja nie mogę mieć spokoju, we wtorek po południu termometr pokazał 38,6 więc trzeba było spakować torbę i ruszyć na ten nieszczęsny SOR.

Tam mi pani doktor ciśnienie podniosła i to solidnie. Ja nie wiem, niektórzy lekarze ewidentnie minęli się z powołaniem... Tam jest taka procedura, że najpierw ogląda Cię lekarz na izbie. Pani doktor mnie zbadała, osłuchała, poczytała ostatnią moją kartę z Krakowa, wymyśliła że mnie odeśle na hematologię do innego szpitala, więc mówię do niej nieśmiało, że tam leżą ludzie ze zjechaną odpornością, w trakcie chemii, to chyba niespecjalnie szczęśliwy pomysł, żeby im pacjentkę z infekcją podesłać i że ja bym nie była szczęśliwa na ich miejscu. Więc ona, przywołana do porządku: no tak, no tak, no w sumie ma pani rację... ale żeby jednak mnie nie przyjmować, pyta czy ja tylko w Krakowie się leczyłam. Odpowiedziałam, że nie, że zaczęłam tutaj, więc ona uradowana pyta, u kogo, że może do tego kogoś na oddział. No to ja, że nie, bo na oddziale dziennym chemię brałam, więc nijak, skoro już wieczór, a do tego znów z infekcją między ludzi przy chemii. Poczytała jeszcze trochę i wydumała, że mnie odeśle na SOR. I że da od razu skierowanie na oddział. Że na SORze zrobią badania i jak wyjdzie ok, to pójdę do domu, a jak nie, to na oddział. Poszłam więc. Tam zaś inna pani doktor czytała więcej niż jedną kartę i dłużej, dopytywała o to, czego nie zrozumiała z tych kart i nagle: "ooo, to widzę, że na lekarza rodzinnego padł blady strach, gdy zobaczył pani dokumentację", więc jej wyjaśniłam, że u lekarza rodzinnego nie byłam, bo najpierw nie było powodu (sam katar), a później było za późno (bo gorączka się zrobiła popołudniu). Do tego mam w karcie wpisany przykaz, by w razie gorączki wyższej niż 38 jechać na SOR, a nie do lekarza rodzinnego. Ona na mnie patrzy i z takim powstrzymywanym dąsem mówi: no ale z przeziębieniem jeździ się do rodzinnego.
Wzięłam głęboki wdech i rzekłam, że normalnie pojechałabym do rodzinnego, albo i nigdzie nie pojechała, bo wychodzę z założenia, że przeziębienie wystarczy wyleżeć, a z przychodni można sobie do takiego przeziębienia przywieźć w październiku grypę, ale - jak już pewnie wie - jestem po przeszczepie, co zmienia postać rzeczy i zostało mi wyłożone, że mam jechać na SOR, co niniejszym uczyniłam. Dodałam, że wcale nie chcę tam być i gdyby nie to, że się boję powtórki z sepsy, na pewno nie błąkałabym się wieczorem po szpitalu. Że nie jestem histeryczką, tylko poinformowano mnie, że w mojej sytuacji, z moją historią, taka gorączka powinna być w pierwszej kolejności sprawdzana pod kątem sepsy. Spuściła nieco z tonu, ale orzekła, że oczywiście zapraszają mnie 24/dobę jeśli będę miała potrzebę, jednak jeśli gorączka towarzyszy objawom infekcji, infekcja jest w wywiadzie u dziecka/męża, to mogę być spokojna i iść do rodzinnego.
Poszła pisać. Pisała chyba z 20 minut, przyszła i już spokojnie mówiła o tej wirusówce, ja błysnęłam wiedzą, ona się cieszyła, że nie musi mnie przekonywać o tym, że antybiotyki nie działają na wirusy, ja tłumaczyłam, że nie przyszłam po antybiotyk itd. Na koniec chciałam się upewnić, czy wg niej mam nie przyjeżdżać, jeśli oprócz gorączki mam inne objawy, zaś przyjechać tylko wtedy, gdy jest gorączka i nic innego. A ona zaczęła się jąkać - pewnie ją strach obleciał ;)
Photo credit: matsuyuki via Foter.com / CC BY-SA
W każdym razie stanęło na tym, że jeśli coś wskazuje na wirusówkę, mogę spokojnie do rodzinnego, jeśli jest tylko gorączka, bezwzględnie do nich, a jeśli gorączka z biegunką, z bólami brzucha czymś takim, to można przypuszczać, że to jakaś bakteria, więc lepiej też do nich. No i ogólnie że oni tam nie zamykają, więc jak by się coś działo, mogę przyjechać. Tak mnie wkurzyła, bo w Krakowie mi mówią, że to stan potencjalnie zagrażający życiu i mam godzinę na pojawienie się w szpitalu. A tu mają wywalone i wszystko trwa i trwa, a na koniec dostajesz dąsem. Dopowiem, że krwi mi nie zbadała, bo "te badania sprzed 2 tygodni, z Krakowa, są świeże". Orzekła, że neutrofile były dobre, morfo ogólnie przyzwoita, więc raczej dam radę z wirusówką, a gdy się upewniałam, że nie zbadają, bo w Krakowie mówili, że przy każdej gorączce trzeba, rzekła, że skoro ta gorączka jest od kilku godzin, to nic nie wyjdzie i że najwyżej żebym następnego dnia do rodzinnego podeszła po skierowanie i zrobiła, jeśli bardzo chcę. Następnego dnia doznałam olśnienia i wydało mi się to absolutnie durne. Wszak kiedy przy tej sepsie zagorączkowałam, to od razu krew pobrali na posiew i inne badania i od razu wyszło. Znaczy nie posiewy, bo one muszą oczywiście rosnąć, ale było widać, że coś się dzieje. Tak więc... strach chorować ;) No, w każdym razie zalecenie było takie, żebym leżała, odpoczywała, dużo piła i zbijała gorączkę, a jeśli nie byłoby poprawy po 2-3 dniach, podeszła do lekarza po antybiotyk. Więc leżę, piję, smarkam i oczekuję poprawy ;) Nie no, tak naprawdę to chyba jednak ciut mi lepiej. Liczę, że się wyliżę. A jeśli nie, w poniedziałek pojadę do lekarza rodzinnego. Żeby mi jeszcze nie było tak zimno, to byłaby bajka...

sobota, 15 października 2016

Spotkał katar Katarzynę...

Photo credit: stevendepolo via Foter.com / CC BY
... co było do przewidzenia. Mogę zabarykadować się w domu, robić wywiad środowiskowy przed przyjęciem w domu rodziców itd. Ale gdy Panna Wiedźma się przeziębi, to nijak - ani ja pod most, ani ona ;)
Starałyśmy się unikać kontaktu, nosiłam maseczkę i w ogóle, a mimo to wczoraj wstałam z katarem i spowodowanym przez niego pieczeniem gardła. Pannie Wiedźmie lepiej, w poniedziałek powędruje do przedszkolandii. Ja zaś... dumam, co zrobić ze sobą. Popijam lipę z miodem, napar z geranium z miodem, staram się leżeć pod kocem i wygrzewać zadek, ale o ile dotychczas dokuczał mi tylko katar, o tyle od godziny czy dwóch, moja temperatura krąży wokół lekkiego stanu podgorączkowego. Zalecenie od Doktor Kasi jest takie, by w przeciągu godziny zjawić się na SORze w przypadku gorączki. No ale stan podgorączkowy to jednak nie gorączka, więc staram się nie histeryzować. Relatywnie dobrze się czuję. Kaszlę sporadycznie, głowa mnie pobolewa, ale jest to klasyczny od-katarowy ból, więc tak naprawdę mam tylko katar i stan podgorączkowy (na który normalnie nie zwróciłabym uwagi, bo przecież jest jak najbardziej naturalny w przypadku przeziębienia czy infekcji noso-gardła). Nie wiem jednak, jak to wygląda w moim przypadku, czyli w przypadku "poprzeszczepowca". Żałuję, że sobota dziś i że już tak późno. Normalnie zadzwoniłabym do Doktor Kasi i poprosiła o radę, a tak... Muszę sama zdecydować. Skłaniam się jednak (na tę chwilę) ku czekaniu. Choć prawdę mówiąc, jest to takie czekanie z duszą na ramieniu. Co 15-30 minut sprawdzam temperaturę i modlę się, żeby jednak nie urosła. Wyjazd do szpitala jest mi bardzo "nie w smak".

A poza katarem?
Poza katarem Panna Wiedźma znów dała czadu ;), czyli "Z moim dzieckiem rozmowy... codzienne"
- Skarbie, przynieś szczotkę, gumki i spray do rozczesywania włosów
Mija kilka chwil i przynosi mi tylko szczotkę
- to wszystko? Może coś jeszcze miałaś przynieść?
- yyyyyyy no nie wiem, nie pamiętam... sól do nosa? - próbuje się ratować
- pomyśl chwilę, co będziemy robić?
- czesać włosy?
- no właśnie, czesać włosy! Więc po co ci sól do nosa? Co jest potrzebne do czesania?
- aaaaa, gumki! - wykrzykuje radośnie
- dobrze! i co jeszcze?
- nie wiem, tyle chyba. Szczotka i gumki
- a na wypadek, gdybym cię ciągnęła przy czesaniu? - podpowiadam
- aaaaaa! już wiem, coś do zagryzienia!
KURTYNA


piątek, 7 października 2016

Co u mnie, czyli jestem po II kontroli.

All rights reserved/lady_in_red
Nie pisałam, bo... Bo kiepsko znosiłam ten początkowy okres po przeszczepie. Kiepsko i fizycznie, i psychicznie. A nie chciałam narzekać. Bo jestem wdzięczna za życie. Za drugą szansę. Chciałam to przeczekać, przemilczeć i wrócić do pisania w jako takiej formie.

A zatem jestem. W poniedziałek, 3 października odwiedziłam znów Magiczny Kraków i moją ulubioną Doktor Kasię. Czego się dowiedziałam?
Spadła mi hemoglobina, na tyle dużo, że nie można tego olać, ale i na tyle mało, że nie można przetaczać. Dostałam żelazo i zobaczymy. Poza tym wyniki przyzwoite, aczkolwiek mam pamiętać, że szpik aktualnie produkuje krwinki niedojrzałe lub nie w pełni dojrzałe, zatem nawet jeśli ich ilość prawidłowa jest, ewentualnie bliska normy, nie oznacza to, że jestem bezpieczna. Mam bardzo uważać, ale...
- mogę zamienić sterylizację na mycie (czyli wszystkobójczy płyn na zwykły detergent)
- mogę zacząć rozszerzać dietę, z umiarem, jak niemowlakowi, co 2-3 dni coś nowego aż do powrotu do spożywania wszystkiego
- w grudniu mam się zaszczepić na grypę, wzw i inne jakieś. Wszystkie szczepienia na mój koszt
- PET końcem listopada, wtedy mam się umówić na kolejną kontrolę.

Wszystkie dolegliwości są w tej chwili normalne, serce może walić tak szybko z okazji niskiej hemoglobiny. Jeśli dolegliwości nie ustąpią po 3 miesiącach od przeszczepu, wtedy ortopeda, okulista, gastroskopia i co tam jeszcze. A na razie mam starać się to przetrwać. To tak z grubsza, bo w gabinecie siedziałam godzinę. Było, jak zwykle zresztą, bardzo na luzie i bardzo sympatycznie. Najlepsze było to, że ta Uśmiechnięta Cholera, zwana również Doktor Kasią, powiedziała do mnie: "no, już niedługo będzie pani normalnym człowiekiem". Ryłyśmy jak głupie na cały gabinet, a to był gabinet "dwulekarzowy". Za kotarką inna pani doktor przyjmowała swoich pacjentów, w tym czasie zakonnicę. No, to tak sprawa wygląda. Jeśli możecie, trzymajcie proszę kciuki za hemoglobinę, coby się obeszło bez przetoczeń (czyli powrotu do szpitala) oraz za PET, coby potwierdził, że remisja trwa. I tak przez 5 najbliższych lat :P

A poza tym... chyba odzyskuje zmysł smaku (nie pisałam, że po chemii straciłam zupełnie smak i wszystko smakowało papierem). Jeszcze kilka dni temu lizanie pieprzu (dla testów) nie przyniosło absolutnie żadnych rezultatów, poza okrutnym pieczeniem warg, z których schodzi mi skóra (jak i z reszty ciała). W poniedziałek zdaje się, poczułam smak musztardy, we wtorek (dla testów) poczułam pieprz, a w środę na śniadanie przygotowałam sobie ukochane jajka na miękko, pół sztangla z masłem i szczypiorkiem oraz rozpuszczalną kawę z mlekiem (dotychczas piłam Inkę, bo po rozpuszczalnej miałam niekończące się wymioty). I nie smakowało papierem. To nie był smak kawy z mlekiem i jajka na miękko, ale było coś na kształt smaku. Za to szczypiorek smakował szczypiorkiem (i był przyjemnie pyszny). Nawet nie wiecie, jaka to jest radość, ugryźć coś i nagle poczuć, jak smakuje. Po takim czasie... Pełnia szczęścia.

All rights reserved/lady_in_red
Z wieści nieonkologicznych... dumałam nad Dniem Nauczyciela (tak, wiem że to Święto Edukacji Narodowej). Dumałam, czy pozwolić Pannie Wiedźmie złożyć życzenia "jakieś", co było by fajne, ale i ryzykowne, zważywszy na fakt, że ona umiłowała sobie dorzucanie do życzeń czegoś w stylu "i życzę pani, żeby miała pani takie ładne piersi jak moja mama" :D czy też znaleźć jej jakiś wierszyk i znów doprowadzić panie do płaczu. We wtorek przez sto godzin szukałam czegoś sensownego w necie i wyobraźcie sobie, nie znalazłam niczego. Same g*wna lub wiersze dla starszych dzieci, uczących się w szkole. Po tych stu godzinach siedziałam i płakałam, a Pan Mąż mnie beształ, że wyję z powodu g*wnianego wierszyka. W końcu moja frustracja osiągnęła szczyt i stwierdziłam, że "g*wniany wierszyk" to ja jej mogę napisać własnoręcznie. Usiadłam i stworzyłam. Pan Mąż trochę miauczał, że za długi itd., ale Pannie Wiedźmie spodobała się ta grafomania, więc myślę, że i paniom się spodoba (do tego wierszyki tego typu są z reguły grafomańskie, a nie mickiewiczowskie, więc wstrzeliłam się w konwencję). Mam nadzieję, że wyjdzie dobrze. W środę przed przedszkolem nauczyłam Pannę Wiedźmę połowy tego cuda literatury (we wtorek bałam się, że mało czasu zostało, że możemy nie zdążyć). Jestem w szoku. Ewidentnie pamięć ma po mnie, bo bez trudu uczyłam się notatek na pamięć, ale... ja chyba potrzebowałam nieco więcej czasu, ona mnie zadziwia. Pewnie nie zobaczę reakcji Pań (a lubię i na nie patrzeć i dumna być wtedy z dziecka mego), bo mi nie wolno chodzić do przedszkola póki co... No chyba, że jakieś specjalne pozwoleństwo dostanę od Doktor Kasi. A nawet jeśli nie - zadowolę się opowieściami :)

Na dziś chyba wystarczy. Wszystkich, którzy mi dobrze życzą, zaglądają tu, trzymają za mnie kciuki itd. serdecznie pozdrawiam! Jestem Waszą dłużniczką!

czwartek, 15 września 2016

Wróciłam.

All rights reserved/lady_in_red
Właściwie to jutro minie tydzień, odkąd jestem w domu, kąpię się we własnej wannie, śpię we własnym łóżku i załatwiam na własnej toalecie. Jestem słaba i bardzo mi z tym źle. Wyglądam jak siedem nieszczęść. Chciałam być jak super hiroł, który wyjdzie ze szpitala i będzie żył od razu na pełnych obrotach, a tu się nie da. W moim domu "grasuje" mama, która stara się bardzo pomóc, ale chwilami tak działa mi na nerwy, że mam ochotę wystrzelić ją w kosmos. Za kilka dni zmieni się z teściową - też będzie się działo.
Tak, jestem upierdliwa i drażliwa. Chciałabym nie potrzebować pomocy, chciałabym robić sobie to wszystko sama i chciałabym, żeby znów było jak dawniej - czyli po mojemu. Nie jest. I wszystko jest nie tak. Ale przełknę i to. Niech no tylko dojdę do sił, wróci stary dobry ład i porządek. Mój ład i porządek, moje zasady, mój dom.


Ze szpitala "nadawać" przestałam, bo zostałam obdarowana sepsą i było naprawdę nieciekawie. Na szczęście wylizałam się. Mało tego! Wylizałam się na tyle szybko i na tyle dobrze, że lekarze nie mogli uwierzyć w wyniki. Skwitowano, że muszę mieć olbrzymią siłę w sobie i ogromną wolę życia, bo medycznie trudno taki stan wyjaśnić.
Mam! A jakże!

Być może gdy nabiorę nieco sił, napiszę o samym przeszczepie, ale dziś tylko tyle. Żyję, jestem w domu, wyniki mam przyzwoite. Zakończyłam okres kontroli w poradni poprzeszczepowej i wracam pod opiekę Zespołu Leczenia Chłoniaków, czyli fizycznie pod opiekę doktor Kasi, co mnie bardzo cieszy. Wizytę umówioną mam na 3 października. Do tego czasu mam leżeć, pachnieć i nabierać sił.
Tak więc ćwiczę się w pokorze i cierpliwości, starając się leżeć (gdy się nie staram, mam zawroty głowy i serce mi szaleje) i starając się mieć w nosie, że mój dom coraz mniej jest mój.