Polub mnie

środa, 20 maja 2015

Marne te moje nadzieje...

Przeraziłam się, że tyle już czasu minęło od chwili, kiedy byłam tu ostatnio... Zdziwiłam, że czekają na mnie dwa nieopublikowane komentarze - nie wiem, dlaczego nagle mam je cenzurować i decydować o ich publikacji lub usunięciu... Głupie to.
Przyszłam na moment...

Słuch Małej Wu wrócił do normy. Słyszałam tego dnia, jak wielki i ciężki kamień spada mi z serca i roztrzaskuje się o podłogę. Niedosłuch był spory, na tyle duży, że lekarka nie dowierzała iż miesięczna kuracja zupełnie go zniweluje. Ale moje dziecko twarde jest i dało radę. Pani doktor aż się uśmiechnęła widząc wyniki badań (a to u niej rzadkość, bo minę ma jak woskowa figura).

Urodziny się udały i mimo ogromu pracy, jaką musiałam wykonać (organizowane były wspólnie, dla Małej Wu i mojej urodzonej równo 2 lata później siostrzenicy), przed snem dziecko wyznało mi, że były to urodziny z jej marzeń.

Ociągam się... bo i wiele się dzieje. Nie - nie porzucę pisania i pewnie jak mnie "znowu weźmie", to znowu po suszy będą obfite zbiory. Ale nie wiem, kiedy dokładnie susza się skończy.

Wakacje... Wygrał Polańczyk. Nie mogę się doczekać. Wyjeżdżamy ósmego czerwca.

Przede mną pierwszy Dzień Matki w przedszkolu. Jedno jest pewne - poryczę się i narobię dziecku wiochy ;) Dzień ów ma miejsce w najbliższy piątek - 22 maja. Oj będzie wzruszająco na bank.

Przede mną, a właściwie mną, Księciem Panem, Małą Wu, moją siostrą, jej Panem-Nie-Mężem i dwoma synkami  - przyspieszony Dzień Dziecka. W związku z naszym wyjazdem, dodatkowymi godzinami pracy mojego Pana Męża oraz bliskim wyjazdem Pana-Nie-Męża siostry - Dzień Dziecka będzie szybszy. Będzie "kulkolandia", będą lody, Mac też pewnie będzie, spacer nad rzeką, plac zabaw itd. Będzie dzień, w którym dzieci będą miały nas na wyłączność. Mam nadzieję, że będzie pięknie.

Przede mną rodzinny piknik w przedszkolu. To w środę, 27 maja. Ma też być mnóstwo atrakcji dla dzieciaków i rodziców. Tak więc pewnie z przedszkola nie o 15;00 wyjdziemy, tylko o 18:00, bo do tej godziny przewidziany jest piknik.

Ogólnie różnie się dzieje. Ale najważniejsze jest dla mnie to, że moje dziecko jest zdrowe i słyszące, moje małżeństwo szczęśliwe, moi przyjaciele - prawdziwi, a moje życie - piękne.

Starałam się z grubsza i w skrócie. Sade, Kama - dziękuję Wam, że wciąż tu jesteście :)

wtorek, 17 lutego 2015

Wstyd!

Wstyd, że przez tyle czasu nie napisałam ani słowa. I to nie tak, że zawalono mnie robotą, nie tak, że nie miałam kiedy jeść i spać, a wstawałam od pracy tylko do toalety. Owszem, był to ciężki czas, ale... ale gdyby się uprzeć, znalazłoby się chwilę na napisanie.
Nie chciało mi się szukać. Nic na to nie poradzę, po prostu leń ze mnie czy coś...

Tak naprawdę nawet nie wiem, o czym by tu... Bo tak wiele się wydarzyło, tak naprawdę - o tylu rzeczach mogłabym, ale... wyszłoby długo, nudno i chaotycznie. Więc chyba sobie jednak daruję. Oddzielę grubą kreską to, co było i udam, że czas zaczyna się właśnie teraz.

Za nami wizyta u laryngologa z Małą Wu. Za nami diagnoza: niedosłuch obustronny, nietrwały (najprawdopodobniej), odkataralny (najprawdopodobniej). Zostało wdrożone leczenie, ćwiczenia itakdalej i... czekamy. Kontrola 27 marca. Mam nadzieję, że uszy się opróżnią, a słuch wróci.

Za nami Dzień Babci i Dziadka w przedszkolu. Popłakałam się, oglądając film, jaki nakręcili moi rodzice. Jestem dumna z tego mojego dziecka.

Za nami bal karnawałowy w przedszkolu. Miałam okazję podglądać, jak bawi się moje dziecko, bo kiedy po nie przyszłam, zabawa jeszcze trwała, a w sąsiedniej sali fotograf starał się uwiecznić te wyjątkowe chwile. Sama też pstryknęłam kilka zdjęć i zdałam sobie sprawę, że moja Mała Wu wcale nie jest taka mała. Ba! Jest większa od sporej części starszaków (czyli dzieci starszych od siebie o rok i dwa).

Co przed nami?
Przede wszystkim wspomniana już kontrola u laryngologa. Wiążę z nią ogromne nadzieje, bo choć rozumiem znaczenie słowa "nietrwały", to jednak samo słowo "niedosłuch", zwłaszcza wtedy, gdy dotyczy własnego dziecka - może przerazić. Ponadto wiadomo - na bank to się wie wyłącznie w czasie sekcji zwłok, a z żywym - z żywy wie się tylko "najprawdopodobniej". To też przeraża, bo choć z całych sił wierzy się, że jednak tak właśnie będzie, że minie, to samo "najprawdopodobniej" kotłuje się w głowie niczym koszmar.

Przed nami urodziny. Kto by powiedział, że już piąte? Nie wiem, kiedy to moje dziecko tak dorosło. Czas mija mi zdecydowanie zbyt szybko.
W związku z urodzinami, przed nami przyjęcie, a więc i planowanie, organizowanie, dumanie, wybieranie itakdalej. Mam nadzieję, że wszystko się uda i Mała Wu będzie szczęśliwa.

Przed nami złożenie deklaracji woli o przedłużeniu edukacji przedszkolnej, czyli mówiąc krótko i upraszczając - złożenie wniosku, w którym stwierdzimy, że chcemy, aby Mała Wu nadal uczęszczała do tego przedszkola. To mnie cieszy. Bo to oznacza, że nie weźmie udziału w rekrutacji, nie będzie loterii i stresu, tylko pewność, że znajdzie się dla niej miejsce. To oznacza również, że od września będę mamą starszaka, wszak Mała Wu pójdzie do zerówki. Eh. No dlaczego ten czas tak szybko biegnie?

Przed nami decyzja co do wakacji. W grę wchodzi nasz ukochany, magiczny Polańczyk/Solina oraz nasze polskie morze, do którego ja mam sentyment, a nad którym Mała Wu jeszcze nie była. Trzeba zdecydować, tym bardziej, że Pan Mąż planuje pojechać początkiem czerwca.

Hmmm... w tej chwili chyba wszystko, co najważniejsze, wymieniłam. Mam cichutką nadzieję, że uda mi się wbić na powrót w rytm w miarę regularnego pisania i nie będzie tu aż takich zastojów.
Pozdrawiam tych, którzy mimo tak długiej ciszy, wciąż tu zaglądają!

piątek, 19 grudnia 2014

Wyszły bosssssssskie!


Nasze pierniczki. Znaczy... może powinnam użyć cudzysłowu, wszak niektórzy uważają, że pierniczki bez miodu to ciastka korzenne, a nie pierniczki... Tak czy siak, są bardzo aromatyczne, bardzo wyraziste w smaku i bardzo sugestywnie działające na najpiękniejsze wspomnienia z dzieciństwa. Dziś "robiła" się druga tura, tym razem były to pierniki z dziurką, do powieszenia na choinkę. Mała Wu miała takie życzenie, żeby "można było, mamo, chodzić ciągle i wykradać z choinki". Heh, wykradanie z choinki też przywołuje w pamięci beztroskie, dziecięce Święta, kiedy to i babcia, i mama dbały o każdy detal, składający się na pełnię magii. Magii Małej Wu skąpić nie będę. I choć mam wątpliwości, czy uda mi się podarować jej jej aż tyle, ile mnie podarowano w dzieciństwie, zrobię wszystko, by kiedyś i jej myśli wracały do dziecięcych wspomnień z przyjemnością.

Obiecałam przepis. Niech więc formalności stanie się zadość, niewyparzony język bowiem niesforny czasem, a czasem nieokrzesany, jednak kłamstwem się brzydzi, zaś niedotrzymana obietnica jest dla niego niczym atramentowa plama na honorze.



Pierniczki bez miodu:

1/2 kg mąki
20 dkg cukru pudru
40 g przyprawy do pierników
3 łyżki kakao
2 płaskie łyżeczki proszku do pieczenia
25 dkg masła
2 jajka
2 łyżki mleka
aromat pomarańczowy

Z podanych składników zagnieść gładkie, jednolite ciasto i odstawić na kilka godzin do lodówki (nie zaszkodzi mu, gdy będzie tam leżało i całą noc). Następnie rozwałkować i wykrawać pierniczki. Piec w 180-200 stopniach około 12-15 minut. Dekorować ostudzone.

U mnie udekorowana jest zaledwie część. Dekorowanie mamy w planach jutro i pojutrze. Sądzę, że Mała Wu będzie miała i w tym roku mnóstwo frajdy z tego dekorowania, bo już samo wykrawanie ciastek i "miętoszenie" ciasta było dla niej świetną zabawą.

Co poza tym? Likier kukułkowy. To też był mój pierwszy raz. Dziś "się zrobił". Aktualnie odczekuje w lodówce swoje 48 godzin na "przegryzienie się". Jest kremowy, bardzo z mojej bajki i... świetnie smakuje z pierniczkiem ;) Sprawdziłam, gdyż wyszło mi o 50 ml więcej, niż mieściła butelka, więc żal było wylać... a zatem nalałam do kieliszka i odstawiłam do lodówki. Przed chwilą próbowałam.
Przepis na likier jest bajecznie prosty, efekt zaś... zachwycający (dla kogoś, kto lubi tego typu trunki).

Listy zakupów świątecznych wciąż nie posiadam. Jakimś cudem stworzyłam listę 12 potraw wigilijnych i na tym stanęło. Nie wiem, jak ja to ogarnę, ale jestem zadziwiająco spokojna. Czyżby starość? :D


P.S. Pierniki mają oczywiście głęboko czekoladowy kolor, jak na zdjęciu z lukrem... reszta wyszła taka, gdyż dobry aparat towarzyszy Panu Mężowi w pracy, zatem musiałam przy sztucznym oświetleniu bawić się telefonem.

sobota, 13 grudnia 2014

Zrobiłam sobie...

... czekoladową breję, która pachnie tak, że... z trudem powstrzymuję się przed jej lizaniem ;)
Ale poważnie... Zrobiłam ciasto na pierniczki. Wstępnie miały być takie, jak rok temu, ostatecznie uznałam, że przecież żadne wyzwania mi niestraszne i spróbuję czegoś nowego. Spróbuję pierniczków bez miodu, za to z kakao. Jestem ciekawa, co z tego wyjdzie, jakie będą i czy Mała Wu będzie miała taki ubaw, jak w zeszłym roku. Breja aktualnie spoczywa w lodówce, ma tam leżakować przez 12 godzin od zagniecenia. To jej minus. Nie lubię takiego rozwlekania prac w czasie. Ale co tam. Raz w roku mogę się poświęcić. Zwłaszcza, że to poświęcenie przede wszystkim dla Małej Wu.
Jutro bierzemy się za pierniczki. Chyba nawet przymknę oko na ryzyko salmonelli i pozwolę Małej Wu wykrawać ciastka... W końcu nie jest już taka mała, więc... uda się upilnować, by nie wzięła brudnych rączek do buzi.
Przyznaję szczerze, że jestem bardzo, bardzo ciekawa, jak smakuje piernik bez miodu. I jestem bardzo, bardzo ciekawa, jak będą wyglądały nasze jutrzejsze prace.
To tyle w kwestii brei. Na pewno postaram się dopisać ciąg dalszy do jej historii.

A teraz w kwestii wyjaśnień. Czas biegnie jak szalony. Nie wiem, jakim cudem po poniedziałku jest nagle piątek. I coraz bardziej mi z tym źle. Ale nie o tym chciałam. W związku z jego szaleństwem, jakby nie mam weny na pisanie. No dobrze, wena by się znalazła. Nie mam sił i ochoty. Ostatnio padam wieczorem zaraz po tym, jak Mała Wu zasypia w swoim łóżku (czyli w tygodniu jakoś o 19:15). Mam ochotę poczytać, pooglądać, ale gdzie tam. Oczy jak z ołowiu, zamykają się i kropka.Wybaczcie więc nieobecność, proszę.

Opowiedziałabym o Mikołaju, który podrzucił prezent mojemu dziecku przez okno, dodając długi list, a następnie spotkał się z owym dzieckiem w przedszkolu... o piskach radości z tej okazji i tym błysku w oku, o szczęśliwych okrzykach "nie pomylił się, mamo, nie pomylił się!", ale... daruję sobie, bo znów się rozpiszę, a oczy jakby wołają o drzemkę, tym bardziej, że miniona noc z okazji sprzedaży naszego starego samochodu panu ze Lwowa, była ciężka, zaś spałam może ze 3 godziny...
W weekend Mała Wu chodzi spać później, bo naiwnie wierzę, że późniejsze położenie jej sprawi, że i rano później wstanie... ale nie. Ona w weekend wstaje tak, jak do przedszkola (czyli między 5:00 a 6:00), ale gdy się spóźnię z położeniem jej w tygodniu, to rano jest oczywiście "mamoooo, jeszcze trochęęęęęęę, spać mi się chce).

Dobrze. To dziś wszystko. Jeśli pierniczki wyjdą smaczne, poczęstuję Was przepisem :D

czwartek, 20 listopada 2014

Kilka słów - wyjaśnień

Przyszłam się wytłumaczyć, bo już co nieco wiem.
Alpstedt / Foter / CC BY-NC-SA
Stanęło przede mną widmo czerniaka i mój świat się zawalił. Wizje w mojej głowie, duszący ścisk w gardle za każdym razem, gdy spojrzałam na Małą Wu, nachalne myśli, które w końcu stały się nie tylko zmorą dnia, ale także koszmarami nocnymi. Nie chcecie wiedzieć, co widziałam oczami wyobraźni, co myślałam i jak reagowałam.
To w ogóle dziwna sytuacja była.
Pieprzyki, które podejrzewałam miałam od zawsze jakby. Nie wiem, czy "dorobiłam się" ich w dzieciństwie, czy się z nimi urodziłam, były zwyczajne, symetryczne, jednokolorowe, niewielkie, o wyraźnych granicach. Jeden z nich został mi zdrapany przez któreś dziecko, którym się opiekowałam. Zmienił się więc po wygojeniu. Stał się jakby dwuczęściowy - niemal przezroczysta podstawa z ciemną plamką na środku. Drugi był na brzuchu, zmienił się nie wiem kiedy, czy w ciąży, czy po ciąży, nagle stał się dwukolorowy, niesymetryczny, o niewyraźnych granicach... Miałam gdzieś zawsze z tyłu głowy myśl, by to skontrolować, ale zawsze było coś...
Aż do dnia, kiedy Małej Wu pojawiła się dziwna wysypka na nogach. Poszłam studiować medyczne publikacje dotyczące wysypek, żeby ocenić, czy jest sens pakować się z tym do przychodni pełnej grypy i innych zarazków, czy to może nic poważnego. Wśród wysypek chorobowych nie znalazłam niczego, co można by choć próbować porównać z tym, co Mała Wu miała na nogach, przyjęłam więc teorię, że to odparzenia... ona jest nauczona w pomieszczeniach biegać boso, często bez spodni czy rajstop, nawet zimą, w przedszkolu przez kilka godzin szaleje i poci się w legginsach, rajstopkach czy dresach. Wydumaliśmy z Panem Mężem, że musiał jej pot ściekać po nogach, ona biegała i obtarła. W trakcie wysypkowych studiów, nie wiadomo jak - bo szukałam wysypek - pojawił się artykuł o czerniaku. Poczułam się, jakby mi ktoś podsunął pod nos ostrzeżenie. Co lepsze, zdjęcie w publikacji wyglądało dokładnie tak, jak mój zmieniony pieprzyk na brzuchu.
porschelinn / Foter / CC BY
Wpadłam w panikę. Spełniał 3 z 4 kryteriów diagnostycznych raka skóry. Zadzwoniłam umówić się na wizytę u onkologa, najlepszego w okolicy, ale terminy miał na styczeń/luty, pani jednak powiedziała mi, żebym przyjechała w dzień, kiedy przyjmuje i zapiszą mnie, skoro pierwszy raz - ominę kolejkę. Tak chciałam zrobić, ale po chwili pomyślałam, że... że ja jeszcze nie wiem, czy to rak, a "pchając" się tak na wizytę, być może zabieram miejsce komuś, kto ma już diagnozę i tego miejsca potrzebuje.
Zadzwoniłam więc do tej samej kliniki, której właścicielem jest ów onkolog i zapytałam, jak długo trzeba czekać na wizytę u dermatologa. Uznałam, że jeśli mu wyjdzie, że "to pewnie rak", to się wepchnę do onkologa tak, jak mi radziła pani z recepcji, a jeśli nie - to nie będę miała wyrzutów sumienia, że choremu kolejkę zajęłam.
Do dermatologa czekałam 2 tygodnie. Minęły wczoraj. Jestem po wizycie.
Te 2 tygodnie... były koszmarem...
Widziałam razu pewnego dziewczynkę, niosącą ze sklepu chleb, gazetę i pierniki w kształcie serca i ryczałam (idąc ulicą), że moja córka nie przyniesie mi chleba ze sklepu i pierników, bo nie będzie wtedy miała mamy. Niestety to nie były jedyne wizje, które wywoływały u mnie napady płaczu i poczucia niesprawiedliwości.

W każdym razie, żeby nie przedłużać. Obie zmiany, z którymi przyszłam, są niegroźne. Jedna to zmiana barwnikowa jakaś (to na brzuchu, które nie dawało mi spać), a z drugiej zrobił się włókniak z pigmentem.
Lekarka obejrzała wszystko inne (no dobra, pokazałam, co mam, a ona oglądała to, co uznała za warte oglądania) i znalazła na ramieniu malutki pieprzyk, którego ja nie podejrzewałam o nic niebezpiecznego. Powiedziała więc, że za pół roku do kontroli, "bo niby mały, niby symetryczny, ale nacieka głęboko i ma kilka (powiedziała ile, ale starałam się nie zemdleć) bardzo ciemnych punktów". Orzekła, że być może znamię błękitne, a być może... tu urwała i z uśmiechem powtórzyła, że za pół roku do kontroli.

Nick Kenrick . / Foter / CC BY-NC-SA
W domu pomyślałam, że z wrażenia zapomniałam pokazać rękę, ale... Jestem spokojniejsza. Oczywiście, całkiem spokojna będę za pół roku, ale mam nadzieję, że zacznę znów spać spokojnie i nie będę widziała swojej córki, jako sieroty, nie będę rozpaczała, że tylu rzeczy braknie jej wraz ze mną...

sobota, 15 listopada 2014

Najpierw nie miałam czasu...

Pixelmädchen6 / Foter / CC BY-SA

... teraz natomiast nie mam zapału. Pokomplikowało się tak, że jestem w "jakby totalnej rozsypce psychicznej". Trwam w zawieszeniu, które dobija, mimo że jeszcze pozwala się łudzić, mieć nadzieję.
Odezwę się... jak się wyjaśni. Słowo.

sobota, 27 września 2014

Facebookowe wyzwanie...

flyzipper / foter / CC BY-NC-SA
Kilka dni temu "zaproszona" zostałam do wzięcia udziału w "książkowym łańcuszku". Pominę wszystkie towarzyszące temu "zaproszeniu" uczucia i.. przejdę do rzeczy.
"Zapytana"  zostałam o książki, które na mnie wpłynęły, coś zmieniły… Zanim więc przyszedł mi do głowy jakikolwiek tytuł czy autor, doszłam do wniosku, że przede wszystkim wpłynęła na mnie moja pierwsza czytanka i pierwsza książka do matematyki – nauczyłam się czytać i liczyć – a więc nagle wszystko się zmieniło. Następny etap rozważań doprowadził do wniosku: KAŻDA przeczytana książka w jakiś sposób na mnie wpłynęła. Z całą pewnością mogę stwierdzić, że nie przeczytałam takiej, która byłaby neutralna, nie wywołała zupełnie żadnych emocji, żadnych przemyśleń, żadnych uczuć, nie skłoniła do… „czegoś”. Nawet te, które na koniec okazywały się być „słabe” – wywołały jakąś reakcję. Wynika z tego, że tak naprawdę mogłabym zrobić listę dowolnych 10 książek, które miałam okazję przeczytać i „odhaczyć zadanie”
Ale… jako że postanowiłam nie tylko odhaczyć, to… w bólach, ale powstała lista dziesięciu nieprzypadkowych (aczkolwiek wymienionych w całkowicie przypadkowej kolejności).

pirate johnny / Foter / CC BY-NC-ND
1. Książka kucharska (a właściwie książki kucharskie)…
Kiedy babcia próbowała nauczyć mnie czegokolwiek, co związane było z kulinariami, rzucałam pewnie i z zawadiackim uśmiechem: „nie trzeba, babciu! Ja sobie znajdę męża, który będzie świetnie gotował i to on będzie gotował w naszym domu”. Ona zaś uśmiechała się tajemniczo i mruczała z subtelnym powątpiewaniem: taaaaak.
Część planu została zrealizowana. Ta pierwsza część. Owszem, gotuje świetnie. Gorzej z drugą częścią.
Książki kucharskie, których w spadku po babci dostałam całe tony, pozwoliły mi inaczej spojrzeć na to moje twarde „ja się do gotowania nie nadaję, więc nie będę”. Początkowo zastępowały własną inwencję, nie były nawet inspiracją, tylko najzwyklejszym szablonem, ale… Ale zmieniły bardzo wiele, żeby nie powiedzieć WSZYSTKO. Dziś natomiast stanowią natchnienie (zwłaszcza ich spisy treści, bo od tamtego czasu przestałam lubić szablony, wierząc że SAMA mogę ciekawiej, inaczej i bardziej „po mojemu”)

2. Baśnie - Wilhelm i Jakub Grimm.
Tak naprawdę, to była książka mojej siostry, ale o ile „akt własności” można było dzielić, o tyle trudno było nakazać jednej z nas, by zatkała uszy, gdyż czytana jest książka tej drugiej. „Baśnie” to książka z czasów, kiedy jeszcze nie umiałam czytać, najczęściej więc czytała je mama, choć zdarzało się, że i babcia czasem. Dlaczego Baśnie? Bo były napisane w sposób całkowicie odmienny od wszystkiego, co nam wtedy czytano. Bo świat przedstawiony w nich nie był na siłę lukrowany, kolorowany i łagodzony. Zło było złe i przerażało. Baśnie z jednej strony pozwalały prowadzić po czytaniu wielogodzinne rozmowy o prawdziwym świecie i prawdziwym życiu, w którym nie każda ścieżka usłana jest różami, w którym żyją nie tylko piękne księżniczki i dobre wróżki, ale także złe macochy, groźne wilki i oszuści, czyhający na skarb w twojej kieszeni. Z drugiej jednak wpajały nieśmiertelne wartości (nagradzane, jak to w bajkach) i podsuwały recepty na odnalezienie się w tym NIE-TYLKO-PIĘKNYM-ŚWIECIE.

3. Opowieści z Narni - C.S.Lewis.
Opowieści z Narni czytałam sobie sama. Czytałam wielokrotnie, bo zachwyciła małą mnie za pierwszym razem, oczarowała pięknem historii i sugestywnością opisów, dzięki którym mogłam zamknąć oczy i zobaczyć, nie przeoczając nawet najdrobniejszych detali. Zachwyciła, oczarowała i sprawiła, że regularnie miałam życzenie do niej wracać.






4. Mały Książę - Antoine de Saint-Exupéry.
Po pierwszym przeczytaniu marzyłam o przyjacielu, który kochałby mnie, jak Mały Książę różę. Marzenie potęgował zapewne fakt, że dostrzegałam znaczące podobieństwa między sobą a kapryśnym i wymagającym kwiatkiem, z boku zaś wiedziałam, że z taką różą „wytrzyma” mało kto.
Z czasem (i każdym kolejnym czytaniem) zaczęłam dostrzegać w książce inne wątki, na inne kwestie zwracać uwagę, inne prawdy chłonąć. I za każdym razem „wyciągałam” z niej coś innego. Pomijając doskonałą lekcję nie tylko przyjaźni, ale obcowania z ludźmi, traktowania ich we właściwy sposób, odpowiedzialności „za to, co oswojone”, Mały Książę kazał mi zapamiętać, że z chwilą, kiedy umrze we mnie dziecko, jakim kiedyś byłam, stanę się tylko smutnym, nieszczęśliwym i samotnym dorosłym.



5. Wychowanie bez porażek - Thomas Gordon
Gdy pewien bliski mi wówczas dorosły polecił tę książkę, uznałam że oszalał. Miałam 14 lat i prawdę mówiąc „w nosie miałam wychowanie”. Bo kogo ja niby miałam wychowywać? Psa? Lalkę? Obawiam się, że w tym czasie nie posiadałam już ani psa, ani lalki
W każdym razie… Książka była mi polecana regularnie w tak tajemniczy sposób, że w końcu uległam i… połknęłam w kilka dni. Nagle przestało mi przeszkadzać, że jeszcze przez wiele lat nie będę miała nikogo do wychowywania. Nagle okazało się, że wbrew pozorom tytułowe wychowanie nie odnosi się tylko do relacji rodzic-dziecko. Świetnie napisana, aż prosiła się o wypróbowanie w praktyce tego, co w niej objawione. Jakież było moje zdziwienie, kiedy wszystkie, absolutnie wszystkie „sztuczki” działały nawet na linii ja-rodzice.
Wychowanie bez porażek pozwoliło mi inaczej spojrzeć na moją komunikację z innymi, na to, jak często pomija się w niej kwestie najbardziej istotne, jak nieświadomie stawia się siebie – nad innymi i dziwi się, że „wszystko jest nie tak”.
Wychowanie bez porażek to książka nie tylko dla rodziców. Powiedziałabym nawet, że w pierwszej kolejności – dla ludzi, pacjentów, pracowników, szefów, dzieci, sióstr i braci, przyjaciół i sąsiadów, żon i mężów…

6. Solaris - Stanisław Lem.
Zaskakująca. Ekscytująca. I w końcu refleksyjna aż do bólu. Pamiętam, że po przeczytaniu poczułam się, jakbym dostała prztyczka w nos. Ja – która chciałabym zrozumieć wszystko, co do zrozumienia, udowodnić, co do udowodnienia, zawsze mieć na wszystko sposób, wiedzieć, dotknąć, sprawdzić, zaszufladkować, nazwać, posegregować…





7. Bracia Lwie serce - Astrid Lindgren.
Pierwszy mój raz z Braćmi  był wynikiem podsłuchania rozmowy dwóch nauczycielek nauczania początkowego. Fragment książki był w programie (nie pamiętam) drugiej lub trzeciej klasy. Panie wyrażały swoją dezaprobatę, bo jak to tak? Coś takiego dzieciom? No nie godzi się! „Jeszcze się któreś weźmie i zabije”. Nie będę ukrywać, że to chyba to ostatnie zdanie sprawiło, że zaraz po lekcjach pomaszerowałam do biblioteki.
Chwila po przeczytaniu całości była moim pierwszym razem, kiedy uznałam, że „nasza pani” wcale nie jest nieomylna i najmądrzejsza na świecie. Miałam żal, że to nie była lektura w całości, a tylko jakiś fragment w „czytance”. Książka mnie wzruszyła, zachwyciła i pozwoliła dostrzec, że słabość będzie słaba tylko wtedy, gdy się na nią bezczynnie zgodzę.


8. Zaklęci - Graham Masterton.
Historię związaną z tą książką przeczytać można TUTAJ, więc nie będę się powtarzać (zachęcam do lektury).
Od tamtej chwili moje postrzeganie horrorów zmieniło się o 180 stopni.

9. Ostatnie miejsce - Laura Lippman
Nie pamiętam tak naprawdę, jakim cudem weszłam w posiadanie tej książki. Pamiętam, że należała do mojej drugiej siostry i że natknęłam się na nią (książkę, nie siostrę) podczas jakiegoś rodzinnego spotkania.
Pamiętam również, że choć kryminały doceniałam już wcześniej, „Ostatnie miejsce” pozwoliło mi sobie przypomnieć, jak przyjemnie się je czyta. Wciągająca historia i tajemnicza forma, w której została przekazana sprawia, że trudno przestać czytać, gdy już się zaczęło.
Dlaczego właśnie ten, spośród wszystkich przeczytanych przeze mnie kryminałów? Bo główna bohaterka w pewnym aspekcie wydaje się być mną. Boi się tego, co ja, dokładnie tak, jak ja, a przy tym „obchodzi się z tematem” w sposób, który uważałam za mój autorski.
Czytając, ściskało mnie, gdy okazywało się, że i jej przemyślenia nad „obiektem strachu” są jakby podsłuchane u mnie.


10. Oszustwo - Philip Roth.
Wybornie inteligentne mistrzostwo w igraniu z czytelnikiem. To jest jedna z tych książek, po przeczytaniu której mówię „wow”, brzmiąc jednocześnie w sposób zachwycony, zdziwiony i niedowierzający.
Po Oszustwo sięgnęłam w wyniku zgrabnej pokusy: „Dwoje ludzi spotyka się w wynajętym pokoju. On jest żonaty, ona zamężna. Intrygujący romans, intrygujący dialog – tyle że on jest pisarzem i wszystko okazuje się względne, nieoczywiste, fikcja splata się z rzeczywistością...” Tylko tyle, by wiedzieć, że MUSZĘ. I cieszę się, że tak się stało, bo i czytanie było przyjemnością i zakończenie czytania. Czasem nawet zastanawiam się, czy aby przypadkiem zakończenie nie dało mi je więcej (i bynajmniej nie z powodu bylejakości treści).

Teraz czas na nominację... Nominuję KAŻDEGO, kto ma ochotę podzielić się swoimi dziesięcioma książkami.