Polub mnie

niedziela, 17 listopada 2013

Mówią, że...

każdy dostaje to, na co sobie pozwala (od innych ludzi dostaje, bo z życiem to wiadomo - różnie bywa). Mówią i pewnie mają rację, w dużej mierze zgadzam się z tym, co mówią. Sama najczęściej wyznaję tę teorię. Pozwalam, żeby mi dziecko pyskowało - więc trudno się dziwić, że pyskuje, pozwalam, żeby mnie wykorzystywali w pracy - oczywistym jest, że będą wykorzystywać, pozwalam sobą pomiatać - to mnie nie szanują etc.
Niby logiczne, a jednak boli. Do tego sytuacja jest na tyle skomplikowana, że wywołuje u mnie zupełnie ambiwalentne uczucia. Z jednej strony wiem, że skoro "pozwalają", to trudno wymagać, żeby inni z tego nie korzystali, z drugiej zaś, serce mi się kraje, gdy patrzę, jak z tego powodu są traktowani.
Wygląda mi na to, że jestem jakaś totalnie z innej bajki. Dla mnie niedopuszczalnym jest, by zakładać z góry, że ktoś coś dla mnie musi. Muszę - to ja. Dbać o moje dziecko, jego rozwój, zdrowie, bezpieczeństwo, szczęście, o to, żeby mu niczego nie brakowało, miało co jeść i w co się ubrać. To muszę. Moje dziecko jest ode mnie zupełnie zależne, nie ma możliwości ani umiejętności, by umiało o siebie zadbać samo. Jest więc oczywistym, że muszę to ja. Muszę to generalnie kiepskie słowo, wszak jakoś naturalnie kojarzy się z przymusem, z czymś, czego z dobrej woli by się nie robiło. Oczywistym jest, że robię to wszystko dla mojego dziecka nie tylko dlatego, że muszę, że zobowiązuje mnie do tego prawo, instynkt macierzyński, uczucia i sumienie. Oczywistym jest, że robiłabym nawet, gdybym nie musiała, ale muszę jest mi potrzebne tym razem.
Moi rodzice już nie muszą. Jestem dorosła, samodzielna, oni "swoje" dla mnie zrobili. Jeśli mi pomagają, to z
dobrej swojej woli, a nie dlatego, że mi się od nich cokolwiek należy. Tak do tego podchodzę. Myślałam również, że moje podejście jest raczej oczywiste, jakież więc było moje zdziwienie, kiedy dowiedziałam się, że wcale nie do końca, a tak naprawdę wcale nie.
Siostry też mam dorosłe, samodzielne, podkreślające na każdym kroku, że mają swoje lata, wiedzą, co robią, rządzić więc mogą, decydować i praw chcą wszelakich, a rodzice powinni się do nich nie wtrącać. Obie mężatki, obie dzieciate. I co? I okazuje się, że ich pojęcie dorosłości zdecydowanie różni się od mojego. Mamo załatw, tato pójdź, mamo kup, tato przynieś itd. Mało tego, bez pytania podrzucają im dzieci, wychodząc z domu oznajmiają: zostaniesz z nim/nią, prawda?
Gotuje się we mnie. Nie dlatego, że i mnie próbowały tak urządzić, że jedna z nich ubrała się do lekarza, pytam czemu dziecka swego nie ubiera, a ona do mnie spokojnie: bo on z tobą zostaje, może - prawda?
Nie dlatego, że ja swojego dziecka nie podrzucam, że nikt mi nigdy z moim nie zostawał, żebym mogła odespać, wyjść, pójść, spotkać się itd. Nie dlatego, że im zazdroszczę. Ale dlatego, że dla mnie to zwyczajna chamówa i nie tak nas wychowywano! No w każdym razie mnie. Ta sama siostra wyjechała z partnerem swym do jego rodziny zostawiając dziecko swe pod opieką mamy mej. Mama od poniedziałku wraca do pracy, tato również, a siostra rzeczona ogłasza wirtualnie, że wraca w środę - może. No cudnie, a co z dzieckiem? Wcześniej mieli czelność rzucania się do taty, że ten nie zwolnił się z pracy na kilka dni, coby zająć się dzieckiem siostry mej, aby ona z kolei mogła wyjechać nie w piątek, a w środę przed tym piątkiem.
Takich sytuacji jest mnóstwo. I wiem, że gdyby rodzice sobie nie pozwolili, to ani jedna, ani druga więcej by nie spróbowała. I niby powinno mi to wystarczyć. Jednak nie wystarcza. Rodzice całe życie pracowali dla nas i na nas. Zrobili swoje. Powinni teraz odpoczywać, kości grzać na wakacjach co roku, a oni? Oni się skręcają, bo regularnie lub z przerwami utrzymują nie tylko nieletniego syna, brata mego, ale także dwie, wydawałoby się samodzielne, dorosłe córki i ich rodziny. Co z tego mają? Dziękuję? Kocham cię? Może wam w czymś pomóc? KPINA! Nic z tych rzeczy, afery, gdy coś nie pójdzie po ich (sióstr w sensie) myśli, epitety, kłótnie i fochy! O! To mają za wszystko, co robią.
Moje siostry są jak widać dorosłe wybiórczo i doskonale wiedzą, jak się ustawić, by niewiele robić, a mieć. Zupełnie nie rozumiem skąd w nich takie poczucie "należy mi się". Gówno a nie należy. Jesteś jedna z drugą dorosła? To należy ci się wyłącznie to, na co własnymi rękami zapracujesz. Matka i ojciec nie mają już wobec ciebie jednej i drugiej żadnego obowiązku, żadnego muszę. Gówniarskie to dla mnie maksymalnie. Dla zobrazowania rozmowa na temat Mikołaja: pytam siostry, czy jej partner zgodzi się być Mikołajem w tym roku, mąż mój wszak był dwa razy, mąż drugiej siostry rok temu, więc uznaliśmy, że kolej na trzeciego wujka. Otóż nie, nie zgodzi się, ale nie ma szans, w żadnym wypadku nie. Podpiera się przy tym zdaniem drugiej siostry i jej męża, że niby partnera rozpozna syn siostry. Próbuję przekonywać, że ja byłam od siostrzeńca o wiele starsza, a własnego ojca nie poznałam, więc gdyby się partner ów postarał, to młody by nie poznał. Co słyszę? Że on nie ma takiej bajery. No dobra, myślę, ja sobie poradzę, a ów partner za rok już będzie potrzebował Mikołaja dla swojego (aktualnie w drodze) dziecka. Siostra mi na to, że ma plan, że tato nasz "ma fach w rękach", więc (uwaga) on będzie! "No nie wiem, czy będzie" - odpowiadam - "trzeba by go zapytać o zdanie". Słyszę więc: ale to jego wnuki, więc po co pytać?
Zagotowałam się. Wyszczekałam, że wnuków w dowodzie nie ma i że to nasz obowiązek znaleźć im Mikołaja, a jeśli tato się zgodzi, to będzie jego dobra wola, wszak wcale nie musi i należy go spytać o zdanie i poprosić o zgodę. Dostałam wirtualny fochem, no bo jak śmiem?
Kurczę! Wychodzi na to, że jestem mniej roszczeniowa niż mi się wydawało;) A poważnie, nie rozumiem, jak można zrzucać na innych własne obowiązki, do tego nie prosić, nie pytać, a stawiać przed faktem, pod ścianą i bez prawa głosu. To tak, jakby rodzice nasi na służbie u sióstr mych byli. I to marnej, bo ani wdzięczności, ani zapłaty. Okropność!
Ktoś zapyta: co zrobiłaś, by to zmienić? Próbowałam z jedną i drugą stroną. Siostry potraktowały mnie jeżem/fochem, rodzice kiwali głowami, ale tłumaczyli: no jak nie pomóc, jak odmówić, co zrobić, jak postąpić, no przecież dziecka za drzwi nie wystawię, drzwi na klucz nie zamknę itd.
I nie dociera albo nie chcą, by do nich dotarło, że dają sobą poniewierać, że pozwolili się uwiązać na sznurku i tańczą, jak rozpuszczone, teoretycznie dorosłe córeczki zagrają. Smutno mi dziś. Bardzo.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz